RSS
środa, 29 lipca 2009
PO tygodniu ciężkiej harówki skończyliśmy kopać i grabić nasz przyszły trawnik. Prace zakończyliśmy w sobotę, a kręgosłup boli mnie do dziś.
Tatuś się przejął. PO walcowaniu okazało się, że jednak teren nie jest do końca równy. Wycięcie trzech drzew spowodowało trzy dołki. Trochę ziemi dosypane, a teraz tatuś gania z paletą obciążoną żelastwem i wyrównuje, podlewa, znów wyrównuje. Mam nadzieję, że zdąży posiać trawę zanim chwasty na nowo wyrosną. Ja co prawda uważam, że jest już równo, ale nie będę się sprzeczać , skoro tatuś twierdzi, że trzeba jeszcze wyrównywać.
Dziś w necie sprawdziłam jeden krzak co go kupiłam, bo miał ładne liście. Okazało się, że całkiem fajnie kwitnie. Chyba będę musiała upolować jeszcze drugi egzemplarz, żeby było symetrycznie jak go do ziemi wysadzę.
Weronika wczoraj wymyśliła, że śpi u babci. Dziwnie jakoś bez dziecka w domu. Nie wiem co to będzie jak ona kiedyś wyjedzie na wakacje beze mnie. Nie wyobrażam sobie tego.
Wczoraj była u babci pani do robi manicure i pedicure. Weronika ma więc wymalowane paznokcie i to z kwiatkami na kciukach. Podobno siedziała nieruchomo z nabożeństwem wpatrzona w paznokcie i czekała aż wyschnie lakier. Ja po samotnym powrocie do domu i wyprasowaniu wszystkich pralniczych zaległości, też sobie pomalowałam paznokcie na piękny fuksjowy róż.
Gwarancja na auto mi się kończy, to i zaczyna się psuć. Od trzech dni stoi w serwisie. Chyba się wścieknę, tak długo bez samochodu, chociaż ma to też swoje dobre strony, można wejść do sklepu do którego autem nigdy nie jest po drodze, albo parkingu nie ma.
W planach mamy pójście do kina na "Kota w butach", chociaż Weronika nadała inny tytuł tej bajce :" Kołdra". Nie wiem skąd takie skojarzenie, chyba tylko stąd, że jak leciała reklama tej bajki to Weronika akurat walczyła zaplątana w kołdrę.
Zyski z lokat są tak strasznie małe, niemal niewidoczne gołym okiem. Postanowiłam więc zaryzykować i zainwestowałam w fundusze inwestycyjne. Trochę czasu zajęło mi obmyślenie składu portfela i teraz codziennie patrzę jak mi pięknie rośnie. A rośnie tak że widać. Wiem, że zaraz może przestać rosną, ba! nawet spadać, ale cóż ryzyk fizyk. Z resztą jeden fundusz przynosi stratę teraz, ale inne to nadrabiają, więc w ogólnym rozrachunku jestem na plus.
Ach zupełnie zapomniałam ... w skrzynce na balkonie  hoduję trzy krzaki poziomek, z czego jeden się obraził, zmarniał i dopiero teraz odrabia straty, nawet zakwitł jeden kwiat. Pozostałe są jednak obsypane kwiatami. Nawet dojrzały już 4 sztuki poziomek i wszystkie skonsumowała Weronika, nawet nie spróbowałam. Jakoś dziwnie dojrzewają po dwie sztuki co dwa dni. Liczę na to, że wkrótce dojrzeje jakaś większa ilość na raz tak, że zjem chociaż jedną. Wygląda, że na dziś będą kolejne dwie, a jutro jedna. Niestety dziś dziecko wraca od babci, więc pewnie znowu się nie załapię.
09:38, lacktris
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 lipca 2009
dylematy
Zaparliśmy się i w końcu postanowiliśmy zrobić porządek w ogródku i założyć trawnik. Chwasty wytępione roundup'em. Ten tydzień poświęcony jest więc kopaniu i grabieniu. Czuję wszystkie kości i mięśnie jakie mam, ale tatuś się zaparł i w sobotę zamierza siać trawę. Grządka kwiatowo krzakowa już odgrodzona płotkiem. Sama osobiście wbijałam ten płotek małym szpadelkiem, dopiero pod koniec działalności sąsiad oświecił mnie że młotkiem było by chyba i szybciej i łatwiej. No faktycznie młotkiem jest łatwiej i szybciej. Zostały tylko kosmetyczne poprawki płotka, zamiast ścięcia jednego rogu linią prostą będzie półkole. Nigdy nie przypuszczałam, że ja która niecierpli grzebania w ziemi z własnej woli zajmie się ogródkiem. Ba! ja która nie mam ręki do roślin teraz mam póki co skromną hodowlę kwiatów na parapecie.
Mam życiowy dylemat. Po kilku latach wolnych od nauki wymyśliłam, że może bym poszła na studia. Nawet znalazłam w końcu wymarzony kierunek ( aż żal straconych naukowo lat na tej ekonometrii), to nie wiem czy powinnam się zdecydować. Pierwszy problem to 2.950 zł za semestr, a semestrów jest 6, jakby nie liczyć to prawie 18tyś za licencjat. A druga rzecz dużo ważniejsza, cały tydzień pracuję i mało czasu mam dla Weroniki, a tu jeszcze przez 3 lata będę jej zabierać również weekendy. Może powinnam poczekać ze studiami aż panna będzie starsza, albo jak drugie dziecko będące dopiero w planach będzie starsze? Tylko wtedy to pewnie już zawodowo nie skorzystam z tych studiów , ewentualnie będę mogła hobbystycznie koleżankom i znajomkom kłaść maseczki na twarz.
Patrząc z perspektywy tych kilku lat jak jestem dorosła, to wizja snuta przez rodziców o zostaniu fryzjerką jako najgorszej z możliwych dróg zawodowych ( swoją drogą dlaczego ? są wg mnie dużo gorsze zawody) zupełnie sprzeczna z moją aktualną wizją. Właściwie teraz to żałuję że nie zostałam tą nieszczęsną fryzjerką właśnie. Myślę nawet nad jakimś kursem fryzjerskim, ale kilkutygodniowy kurs to nie to samo co szkoła. A dodatkowo waham się co z tymi studiami zrobić. Oczywiście wybrałam sobie też bardzo przyjemny kierunek- kosmetologię. Niby mogę też iść na kurs kosmetyczny i być kosmetyczką, ale to nie to samo co porządna szkoła ( taką mam nadzieję, że PAM to jest porządna szkoła nie tylko dla lekarzy, ale że kosmetologię też traktują poważnie)
10:00, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lipca 2009
sezon
Sezon w pełni. Na plaży koc na kocu. Tak było w sobotę. Pojechałyśmy sprawdzić jak remont na działce. Remont w polu.
Wyjeżdżałyśmy ze Szczecina koło 12 w południe i akurat wtedy lunął deszcz. Oberwanie chmury trwało jakieś 10 minut, a potem wyszło słońce. W drodze dogoniłyśmy ulewę, ale po odbiciu w stronę morza pogoda wypiękniała. Na przedmieściach nikt o deszczu nie słyszał. Jechało się przyjemnie ( fakt, nikt nad morze w celu plażowania nie wyjeżdża w południe), na drodze całkiem pusto.
W Międzywodziu tłok niesamowity. Na plaży koc na kocu, ale Weronice to nie przeszkodziło pomoczyć się bajorku co zostało po przypływie. Woda w tym bajorku cieplusia. No ale w morzu to już niekoniecznie, jednak byli tacy co się kąpali. Niestety nie miałyśmy strojów więc nie plażowałyśmy.
Po obiedzie ( Weronika podziobała rybę i zostawiła, za to zjadła 6 lodów ) poszłyśmy się przejść. I tu koszmar się zaczął nie dość że co chwilę było "ja chcę loda, maaammooo, loooddddaaaa" to jeszcze stragan na straganie badziewia dookoła. Weronika niczym Jolanta R. stała się posiadaczką różowego konia, dodam że to koń torebka. Obecnie śpimy z tym koniem.
Kto myślał, że dziecko zmęczy się upałem, chodzeniem, lodami, karuzelami i bujakami, że zaśnie w samochodzie w drodze powrotnej ten się grubo myli. Nie dość że nie zasnęła w samochodzie i całą drogę gadała jak najęta, to nawet po powrocie nie chciała iść spać.
Na działce zebrałyśmy te 5 malin co były na krzaku. Weronika stwierdziła, że są niedobre, bo mają pestki. Pomogła mi za to zebrać porzeczki ( co tu teraz z nimi zrobić? ) jeść ich też nie chciała. Wymyśliła że chce jagody. W drodze do domu cały czas jęczała o te jagody ( no wcześniej to nawet jadła w domu jagody, więc mogło jej się naprawdę chcieć jagód). Stanęłyśmy na poboczu i kupiłyśmy jej te jagody. Jak tylko wsiadła do auta, okazało się, że ona nie chce jagód tylko malinki. Myślałam, że ja w tym lesie wysadzę i niech wraca sama do domu.
A w niedzielę pojechała z tatą do sklepu po randap ( no nie pamiętam jak to się oryginalnie pisze ) i na przejażdżkę. Nie było ich 7 godzin. Gonili podobno pociąg do Szczecinka - taka jest wersja Weroniki, zastanawiające jest jednak to co pociąg do Szczecinka robił za Chojną? przecież to przeciwny kierunek. No i ze zdjęć wynika że to pociąg do Wrocławia był. Różowy koń torebka też był na wycieczce, miał nawet sesję fotograficzną. Weronika też pozowała. Im bardziej pozowała tym głupsze miny miała. A tata podobno bardzo głupio się czuł wędrując przez pole  z różowym koniem torebką pod pachą.
09:40, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lipca 2009
Małe radości na starość
Są różne objawy starzenia się. Podobno jednym z nich jest zamiłowanie do grzebania w ziemi. Innym z kolei jest pędzący czas. Wygląda więc na to, że się starzeję. Jakoś wcześniej nie lubiłam tzw. działki. Jak byłam mała to nie cierpiałam jak rodzice zmuszali mnie do prac działkowych a już wyrywania chwastów najbardziej. Najgorzej było jak urodził się mój brat. Wtedy matka na wiosnę oszalała i kazała sadzić i siać na działce jakieś kapusty, kalafiory, kalarepy, fasole itd itp poza standardowymi pomidorami i ogórkami. Oczywiście ja musiałam pielić. Koszmar dzieciństwa :-) Później usiłowałam hodować jakieś kwiaty na parapecie, ale jakoś mi nie szło, gdyby matka mnie nie przymuszała do podlewania raz na ruski rok, to padły by niechybnie. A tak rachityczne bo rachityczne ale jakoś żyły.
Tymczasem ostatnio wpadłam w szał ogrodniczy. Ma to zapewne związek z posiadanym ogródkiem. ( no ale zaczęło się trochę wcześniej od wycinki dzikich róż na działce teściów rok temu) Ba! nawet na parapecie mam kilka kwiatów po babci z Koszalina i jakoś żyją , nawet rosną. Co prawda wczoraj dałam drugie życie fikusowi beniamina. Wyglądał on tak : na długim chudym pniu na wysokości ok. 140 cm wyrastało kilka liści, a całość miała 200 cm wysokości, a i na dole zrobił się jakiś świeży odrost z którego to jestem dumna, bo odrósł od łodygi u mnie w domu, czyli że mu chyba dobrze. No to odcięłam ten odrost i od góry trochę łodygi z liśćmi, wsadziłam do wody i czekam co dalej. Pieniek skróciłam radykalnie i został w doniczce. Zobaczymy czy coś niego jeszcze będzie. Resztę badyla wywaliłam. Dodatkowo wzięłam się za ogródek. Powoli krystalizuje mi się jego wizja. Na razie robię część przed wejściem do domu, bo jest mniejsza, łatwiejsza tak żeby się nie zniechęcić. Tam będzie skalniak. Nawet przy okazji wczorajszych zakupów, nabyłam kilka roślinek na skalniak. Poza tym to zmobilizowała mnie matka, która zamierza zrobić porządki ze swoimi skalniakami i trochę mi ich dać. To ja już zrobiłam na nie miejsce i się niecierpliwię, a ona za porządki się nie bierze.
Część za domem czeka aż pan mąż zdecyduje się czy dalej przekopuje ogródek czy przywieziemy wywrotkę ziemi, żeby zmęczyć się rozgrabywniem jej, a nie kopaniem. Chciałabym mieć w ogródku piwonie, liliowce ( mam jeden rodzaj zdobycznych z działki teściów i nawet zakwitł ), lilie. Zastanawiam się czy piwonie dostanę w jakimś sklepie ogrodniczym czy od razu zamawiać na allegro. Nie obędzie się bez róż. Mam trzy krzaki. Ale co to za jedne one są to nie wiem. Ten krzak którego przycięłam w kwietniu to jest piękny i dorodny, a te dwa pozostałe co je mało poprzycinalam to takie mniej dorodne są. No ale ja się dopiero uczę. Zamierzam dokupić jeszcze ze trzy cztery krzaki róż.
Na tarasie w skrzynce hoduję poziomki. Trzy krzaki, dla każdego po jednym krzaku. Jeden krzak początkowo odmówił współpracy, ale teraz się opamietał i wypuszcza nowe liście. Owoców z niego raczej w tym roku nie będzie. Za to pozostałe dwa krzaki zdecydowały się zakwitnąć. Póki co wygląda że będziemy mieć, jak dobrze pójdzie, pięć poziomek.
Znalazłyśmy też wczoraj z Weroniką złotego chrząszcza. Ja tam się boję takich robaków. Weronika rzekomo sie nie bała, w co ciężko mi uwierzyć, bo ona się małej muchy latającej po domu boi. Ale chrząszcz wyglądał bardzo ładnie.
Weronika ma już wakacje. Tańce się skończyły, było uroczyste zakończenie roku i dyplom. A w przyszłym roku szkolnym będziemy już w grupie bardziej zaawansowanej :-)
Pan tata w zeszły poniedziałek ( 22.06) zabrał się w końcu za zrobienie garderoby. I w poniedziałek szło mu całkiem dobrze. Zamontował 5 z 6 listew do mocowania półek. 6 listwy nie zamontował, bo jej nie było. We wtorek rano poszedł do sklepu ale kupił złą. W środę kupił dobrą i nawet ją zamontował. I tu utknął. Ciekawe ile przyjdzie mi czekać na zakończenie garderoby. Mam nadzieję, że zdąży skończyć do końca przyszłego tygodnia, bo w następny weekend robię urodzino - imieniny prababci i troche głupio by było przyjąć gości wśród porozrzucanych na kanapie i fotelach ciuchach. Co do ogródka to juz zapowiedziałam żeby do sierpnia coś zrobił z tym swoim trawnikiem bo ja muszę posadzić piwonie.
Odkąd w Szczecinie otworzyli Auchana, jest to mój ulubiony sklep. To nic, że jest daleko ale i tak tam jeżdżę. ( no jest ciut dalej od tego hipermarketu gdzie wcześniej robiłam zakupy) Wyprawa do tego sklepu ma tylko jedną wadę - jest tam ogólnodostępny i darmowy plac zabaw. Nie ma możliwości, żeby go nie zaliczyć. Cud i tak jest wielki, że idziemy tam PO zakupach. Jednak wczoraj coś jej nie pasowało, bo byłyśmy bardzo krótko. Pewnie dlatego, że było bardzo dużo bardzo małych dzieci. Nie wiem skąd tyle ludzi w środku tygodnia, ale pewnie to zasługa tego, że pierwszego jest wypłata.  Wczoraj dodatkową atrakcją była wystawa dinozaurów. Nie obyło się też bez loda. I to dwie gałki !!
W połowie lipca jedziemy z tatusiem na weekendową imprezę kolejową do Chojnic. Mam nadzieję, że będzie przyjemnie.
10:13, lacktris
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 czerwca 2009
Kino
Wczoraj odbyła się długo oczekiwana przez Weronikę wizyta w kinie z dziadkiem. Film jakoś nie przypadł jej do gustu. Zbyt agresywny i straszny. Wyszli przed końcem seansu.
Potem Weronika obskoczyła wszystkie bujaki w Galaxy po dwa razy. Zjadła 3!!! gałki lodów ( czwartej już nie mogła wepchnąć w siebie ), a potem odbyli z dziadkiem wizytę w Smyku. Ja nie mogłam wejść do tego sklepu. Dopiero jak zginęli w odmętach półek to po cichu weszłam do sklepu. Dziecko nie mogło zdecydować się na żadną zabawkę. A uparła się na zabawkę, nie pomogła wizja złotych butów, świecących różowych butów, baletek z cekinami nic, ma być zabawka.  Biedne zagubione dziecko błądziło wśród półek i na nic nie mogło się zdecydować. W końcu dotarła do regału wypełnionego różowymi barbiowymi artykułami papierniczymi ( całego regału!!! koszmar jakiś ) i oniemiała z zachwytu.
- ojej jak tu pięknie- tak właśnie powiedziała
Ochom i achom nie było końca. I tu pojawił się problem, bo chciała mieć wszystko, od różowego długopisu z puszkiem ( już posiada takowy tylko w odmianie fioletowej , ale to też barbie, ba! nawet z fachowej barbiowej gazety ) na plecaczku, farbkach i zeszytach kończąc. W końcu zdecydowała się na różowy teatrzyk oraz na zestaw naklejek.
Oprócz wizyty w kinie byliśmy wczoraj na zebraniu w przedszkolu. Weronika jest zachwycona i miała wielki dylemat i łzy w oczach czy ma zostać w przedszkolu i się troszkę pobawić czy jednak iść z dziadkiem do kina ( zebranie było na 16, a kino na 16.50 ). W przedszkolu przyjęto o 100% więcej dzieci niż zwykle, ale miasto obcięło wydatki na oświatę i nie ma kasy na dodatkowe etaty, tak więc na 60 dzieci są dwie panie nauczycielki i jedna pani opiekunka. Ciekawe jak sobie dadzą radę z tyloma dzieciorami.  Panie nauczycielki kazały przygotować dzieci przez wakacje do przedszkola. Czyli trzeba dzieci nauczyć ubierać się i rozbierać i różne takie, oraz zostawiać dzieci z innymi osobami, żeby wiedziały, że bez mamy też da radę żyć. Weronika w tym temacie zaprawiona w bojach. Raz, że cały dzień jest z nianią, dwa, że sporadycznie nocuje u babci i jakoś żyje a nawet jest zadowolona, a trzy to tańce, przeciez tam jest bez mamy. Tylko, że w przerwie na tańcach mama czeka na korytarzu a w przedszkolu przez 9 godzin mamy nie będzie. Martwi mnie tylko to, że przy takiej ilości dzieci co będzie z jej jedzeniem. W końcu ona do jadków nie należy, a panie nie będą miały możliwości, żeby akurat ją specjalnie pilnować aby jadła. Chociaż może po zabawach będzie głodna i sama dojdzie do wniosku, że lepiej jeść niż nie jeść.
W trakcie seansu kinowego ja pochodziłam trochę po sklepach. Dzięki wyprzedażom nabyłam dwa sweterki, bo jakoś nie wygląda żeby lato było upalne w tym roku. No i znów w orsay'u była piękna kiecka. Dopinała sie jak należy wyglądałam w niej całkiem przyzwoicie, ale...no właśnie miała urwane dwa guziki, guziki obszyte materiałem sukienki. A to był jedyny egzemplarz kiecki w moim rozmiarze. Widziałam też w CCC fajne klapeczki, ale jakoś nie mogłam się zdecydować, może to dlatego że miałam grube skarpety na nogach i ciężko sie w nich mierzy delikatnej japonki
Ech zastanawiam sie po kim to moje dziecko takie jakieś eleganckie jest. Odkąd zdobyła ten naszyjnik od babci nosi go stale ( tak jakby nie miała innych korali, naszyjników i wisiorków), o perfumach nie wspomnę, pierwsze co robi jak oko rano otworzy to każe się pryskać . Ciuchy muszą do siebie pasować kolorystycznie, najlepiej jak wszystko jest w tym samy kolorze ( różowmy naturalnie ). Nawet majtki z koszulką muszą być w tym samym kolorze. No i te kiecki. Odkąd śniegi stopniały spodnie miała na sobie może ze dwa razy, nosi tylko kiecki. Ostatnio kilka razy ubrała krótkie spodenki na rajstopy. Wymyśliła sobie teraz nową fryzurę. Z jednej strony ma warkocz, a z drugiej kitkę :-)  Nie wiem skąd ona to ma. No i co to będzie dalej jak będzie starsza??
09:37, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 czerwca 2009
Dama
Wczoraj Weronika dostała od dziadka obiecany prezent- perfumy Barbie. Pachną ładnie, nawet bardzo ładnie i przypominają jakiś dorosły zapach. I jest to zapach którego kiedyś sama używałam, bardzo kojarzy mi się z wakacjami za młodu takimi nad morzem z różnymi szaleństwami. Baaardzo miło mi się kojarzy.
A mała dama się perfumuje. I na dodatek obwiesza się zdobyczną biżuterią, którą pożyczyła sobie od prababci i być może kiedyś ją odda. ( na zapytanie czy odda powiedziała że nie, albo że może kiedyś )
Dziś Weronika i dziadek idą do kina.
Mam nadzieję, że zdążymy do tego kina, bo również dziś zebranie w przedszkolu i dziecko też chce iść. No i w zasadzie to musi iść bo niby z kim miałaby zostać?

08:05, lacktris
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 czerwca 2009
fryzjer
Tadam zostałam znów pseudo blondynką. Znaczy się byłam u fryzjera.
Jest taka jedna pani Marlena, co owszem droga jest jak diabli, ale chyba umie czytać w myślach, bo jakoś dziwnym trafem moje pokrętne tłumaczenia o co mi chodzi potrafi zrozumieć i wykonać tak jak ja to sobie wyobrażałam. Ba! potrafi zrobić tak jak sobie nie wyobrażałam i jest super. Poza nią nie zdarzyła mi się wizyta u fryzjera z której byłabym zadowolona.
Mój portfel jest chudszy o paręset złotych, ale za to ja mam na głowie jakby mniej włosów, no i są blond pasemka. Jestem zadowolona. Ciekawe kto mnie teraz co rano będzie modelował?
Weronika poprawiła mi fryzurę wpinając w nią kilka swoich fioletowych spineczek, których nie mogłam niestety przez cały wieczór zdjąć, bo mi nie pozwalała.
A wieczorem gdy tatuś wymyślił, że musi pojechać do Empiku, Weronika też chciała, bo musiała kupić kolorowankę z naklejkami. No to pojechali. Nie było ich godzinę. Jak wrócili to mogłam się spokojnie wykąpać i nikt mnie nie poganiał, bo dziecko z tatusiem rozwiązywało zagadki dla czterolatków :-)
07:36, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 czerwca 2009
elegancja
Któregoś dnia wysiadając z samochodu koło mieszkania babci, Weronika zobaczyła wychodzącą z parku panią. Pani bardzo młoda zachwyciła dziecko.
Weronika powiedziała:
- ale ta pani elegancka, ma juziowe spodnie i bjuzkę i buty i kujtkę, zupełnie jak ja.
Tak, pani była cała różowa.
Nabyłam w końcu sukienkę. Niestety mimo całego mojego uwielbienia dla różu, sukienka jest kakaowa z beżowymi kwiatkami. Okazuje się, że aby przyzwoicie wyglądać, muszę mieć dzianinowe kiecki. Wtedy biust się mieści i reszta nie wygląda jak w worku po kartoflach.
Odkryłyśmy nowy dom zabaw z kulkami. ( no może ja o jego istnieniu wiedziałam już jakiś czas, ale w końcu tam poszłyśmy). Weronika jest zachwycona. Teraz chodzimy tylko na te nowe kulki i to najlepiej codziennie.
W nowym domu zabaw, oprócz basenu z kulkami i tych różnych cudów do wspinania jest też plastikowy domek. Mimo że Weronika posiada takowy w domu ( i się w nim cały czas bawi) to ten na kulkach robi furorę. Weronika siedzi w tym domku i rozmawia przez telefon.
- do kogo dzwonisz?- pytam
- do mojej psyjaciółki
- tak?a kto jest twoją przyjaciółka?
- no psecies Mela
Oprócz domku najlepszą zabawką jest dmuchany pałac do skakania z wielką ośmiornicą na środku. Już na zdjęciach bardzo jej się podobało.
W sobotę byłyśmy na basenie w Gryfinie. Weronika wypróbowała nowy barbiowy, różowy kostium kąpielowy oraz barbiowe różowe rękawki do pływania. Na basenie była ze swoją przyjaciółką Melą. Dziewczyny bawiły się świetnie. Nie chciały  wcale wychodzić.
Na basenie można pozbyć się wagowych kompleksów :-) Jakiś mega super szczupłych i seksownych lasek to tam nie było, mimo że nie wszyscy kąpiący się to mamusie z dziećmi. Chociaż niestety na tatusiach to też cieżko bylo zwiesić oko. Nie wiem czy to taki jakiś pech i zbyt wczesna godzina, czy ja taka zakochana, że nie widzę ładniejszych chłopaków niż mój mąż :-)
W końcu udało mi się zerwać część czereśni z drzewa, oczywiście przy ogromnej pomocy mojej córeczki. Potem robiłyśmy dżem, tudzież konfitury. Co z tego wyszło cieżko określić, ale jest niezłe. Część zrobiłam w maszynie do chleba a część tradycyjnie. Różnicy nie widać. Teraz to nawet nie wiem który słoik jest jakiej produkcji. Ja jestem z siebie szalenie dumna, bo to moje pierwsze w życiu własnoręczne przetwory.
08:13, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 czerwca 2009
tusza
No cóż, muszę się w końcu przyznać sama przed sobą, że jestem gruba. I to nie tylko na brzuchu ale wszędzie. Najgorsze jest to, że jakoś nie skłania mnie to do jakiegoś szczególnie silnego postanowienia o odchudzaniu, diecie czy coś. Fakt nabyłam fachową literaturę o Montignacu, ale póki co leży i ładnie wygląda.
Do tego jakże ważnego wniosku skłoniła mnie wczorajsza wizyta w sklepach. Otóż moje dziecko, wielka fanatyczka sukienek i spódniczek ( skąd jej się to wzięło to nie wiem), zadała wiekopomne pytanie: dlaczego ty mamo nie nosisz sukienek? No bo nie posiadam takowych. No może z jedną czy dwie to mam, ale to raczej takie imprezowe ( pytanie tylko czy się w nie jeszcze zmieszczę), a nie grzeczne do pracy czy na zakupy. Dziecko stwierdziło, że w takim razie muszę sobie kupić sukienkę i to koniecznie taką jak ma ona. ( hmmm ciekawe czy szyją takie piękne kolorowe kiecki w moim rozmiarze, chyba trzeba pojechać do Koszalina do C&A i sprawdzić ) Wczoraj wybrałyśmy się więc do sklepu. Na pierwszy ogień poszedł Kappahl. No cóż, może i rozmiarówkę mają dużą, ale te fasony jakieś nie teges. Wybrałam sobie sukieneczkę w kwiatki ( bo nawet podobną do tej co ma moje dziecię,powiewną w wielkie kwiaty ) i poszłam do przymierzalni. O ile na wieszaku kiecka wyglądała jako tako, to już na mnie koszmarnie. No fajnie biust powiększała, ale powiększała też wszystko inne. Fason okazał się fasonem worka po kartoflach z falbankami. Wyglądałam jak słonica w ciąży. Pocieszające jest to, że może aż tak gruba nie jestem. Z innym kieckami w tym sklepie było równie źle.
POtem było Reserved, tam to sukienek było jak na lekarstwo, no i nie było nic ani jednej szutki odzieży  w całym sklepie w rozmiarze większym niż 38. Ale buty mają cudne. Musiałam bardzo się pilnować żeby nawet ich nie przymierzyć. Następnie były jakieś inne sklepy, weszłam do wszystkich w centrum handlowym. No i nawet znalazłam jedną sukienkę, taką pomidorową princeskę, ale oczywiście nie było mojego rozmiaru.
W zeszłym tygodniu ogarnęło nas szaleństwo zakupowe. Dzięki temu mamy nową kanapę z fotelami, kilka barkujących nam mebli ( między innymi stół, ale to jeszcze nie wszystkie meble, które powinniśmy sobie kupić. W końcu nawet pan mąż doszedł do wniosku, że w salonie jednak jakiś dywan by się przydał ) no i zmywarkę. Kiedyś byłam przeciwna zmywrace i jakoś teraz nie mogę zupełnie zrozumieć dlaczego. No fakt, że trzeba ciut poczekac aż zbierze się tyle gratów żeby zapełnić całą zmywarkę ( ale przy Weronice, co zużywa dużo talerzy wcale nie jest trudne ), bywa że trzeba dokupić ciut garów, ale samo to, że nie trzeba się męczyć przy zmywaniu ,nic się nie chlapie, no i tak pięknie się szklanki błyszczą... a no i podobno się oszczędza wodę i nawet prąd. Co do oszczędności prądu to nauczyłam się wyłączać z prądu mikrofalę. Pan mąż się ze mnie śmieje, że to marna oszczędność, ale skoro używam jej co drugi trzeci dzień przez dwie góra 6 minut, to po jakie licho ma 24h/dobę świecić mi zegarkiem? No może gdybym nie miała innego świecącego zegarka, ale piekarnik mi świeci, więc mikrofala nie musi. Ciekawe jakie to będzie miało przełożenie na rachunki.
Panna Weronika weszła w wiek donościelski. Wszystko elegancko donosi babci. Wczoraj była cały dzień u babci, więc wszystko jej wypaplała. Jedno czego nie powiedziała, to to że byłyśmy w kinie na Lecie Muminków. I byłyśmy tylko we dwie na całej sali kinowej. Wrażenia super. Bajka też całkiem fajna. TEraz dziecko planuje iść z dziadkiem na film o potworach. No skoro ona taka kinomanka i chętna do wychodzenia ba! nawet wysiedzi z zainteresowaniem te 1,5 godz, to może czas pójść z nią do prawdziwego teatru. Okazja jest niezła, w końcu znów działa Pleciuga. Trzeba obejrzeć nową siedzibę, zwłaszcza że całkiem blisko domu.
07:58, lacktris
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 maja 2009
pozamiatane
Wczoraj ostatni raz ( no może nie na zawsze, ale przynajmniej na jakiś czas), byliśmy na kulkach w Koszalinie. Pozamiatane. Mieszkanie sprzedane i oddane nowemu właścicielowi. Mam nadzieję, że będzie mu się dobrze mieszkało.
Okropne to, że po człowieku zostają 3 kontenery śmieci. Nawet tatuś się trochę przeraził tym, że kiedyś jego wnuki będą wywalać na śmieci rzeczy, które teraz stanowią dla niego jakąś wartość. Że wywalą jego kolejowe zdjęcia, że sprzedadzą jego super scirocco ( oby to auto dożyło takich czasów ). Prawda jest taka, że mimo wielkiego żalu trzeba było większość rzeczy wyrzucić. Zostawiłam sobie "szkło" ( w sensie talerze, kieliszki, szklanki itd, które używam ) , kilka zdjęć, jakiś legitymacji i medali. Reszta poszła na śmietnik.
Troszkę mnie już męczyło jeżdżenie co chwilę do Koszalina. Nie mówię już o wizytach na kulkach, ale o samym fakcie całego dnia w podróży i w między czasie o ciężkiej pracy fizycznej przy porządkach.
Przy okazji samodzielnych podróży do Koszalina w piątek i wczoraj odkryłam w końcu sekret oszczędnej jazdy moim samochodem. Wystarczy jechać nim z taką prędkością, żeby silnik kręcił się w granicach 2900-3000 obrotów. Fakt nie jedzie się wtedy zgodnie z przepisami , ale za to jak oszczędnie. 3tyś obrotów na piątym biegu to jakieś 130km/h a między Koszalinem, a Szczecinem autostrady próżno szukać :-) Jednak co by nie mówić, to nie dość że mało pali to i jeszcze czas przejazdu całkiem przyzwoity.
Pan mąż, po czterech latach wrócił do dżinsów. I nie umie w nich chodzić. W sobotę poszliśmy do centrum handlowego i tatuś pełen obaw czy produkują tak wielkie dżinsy nabył aż dwie pary. Chyba na zapas jakby producenci się rozmyślili i zaprzestali produkcji. A produkują nawet większe rozmiary niż nosi tatuś. Nawet okazało się, że musi wziąć tylko jeden rozmiar większe niż dotychczas. Zakupy jednak okazały się tak stresujące, że przez resztę dnia i w niedzielę tatuś chorował. I to naprawdę. Miał gorączkę, wszystko go bolało, miał też mdłości. Ciąża to jakaś czy inna menopauza??
Czwartek okazał się ciut stresującym dniem. Zaczęło się już w środę wieczorem. Weronika wypiła jak zwykle wieczorne mleko, położyła się i po 15 minutach chlusnęła tym wypitym mlekiem na łóżko. Dodatkowo spodnie od piżamy też pobrudziła. No nic zdarza się. Ledwo przebrałam ją i łóżko, ledwo się położyła, znowu to samo. Aż zabrakło mi już pościeli i piżamy. Od rana to samo. Stała na golasa na dywanie, nie zdążyłam jej nawet ubrać jak pobrudziła dywan. No ale stwierdziła, że lepiej się czuje, więc poszła do niani. Ale wcale lepiej się nie czuła. Koło 12 musiałam lecieć z pracy, brać dziecko i do lekarza. No spanikowałam, bo nasłuchałam się do różnych koleżków, że jelitówki kończą się w szpitalu. Pani doktor ( zgodziła się przyjąć nas dodatkowo na 5 minut przed końcem swojej pracy, niby nic ale jestem wdzieczna, bo nie ufam innym lekarzom z tej przychodni) stwierdziła, że dziecko ma pić pić i jeszcze raz pić. To nie jest wiek na negocjacje, ma pić i koniec. Przepisane miałyśmy jakiś soczek uzupełniający elektrolity, oraz jedzenie słonych paluszków i picie wygazowanej coli. Kuracja paluszkowo colowa dała ekspresowe rezultaty. Od razu dziecko przestało wymiotować i kupkować. ( no dobra, ten zdrowotny soczek też wypiła ) Już w czwartek wieczorem humor jej dopisywał. Nie mogła tylko szaleć bo tyłek ją trochę bolał, cały był odpażony. Ale w piątek była na tyle zdrowa, że pojechała na kulki do Koszalina. NIby jest zdrowa, ale te kupy wciąż nie są takie jak powinny.
I teraz mam problem z dywanem. Niby go wyprałam, ale ... ale nie pachnie zbyt pięknie. Co tu zrobić?
Weronika to zdecydowana klientka. Weszła do sklepu wskazała palcem, które bluzki, sukienki i kapelusze należy wziąć do przymierzalni, o dziwo bez problemów poprzymierzała, po czym zdecydowała się na wszystkie wybrane przez siebie ubrania. A ja jak zwykle nic sobie nie kupiłam. Albo nic mi się nie podoba, albo źle wyglądam, albo wąż w kieszeni syczy strasznie :-)
Chyba się starzeję. Chciałam kupić sobie buty sportowe. I nie kupiłam. Jestem gotowa zapłacić nawet kosmiczne jak dla mnie pieniądze ale nie ma takich co mi sie podobają. Same kosmiczne kształty. Jakieś dziwne materiały. Normalne kształty to owszem są ale białe, a ja chciałam sobie czarne mieć. I guzik. Mam nadzieję, że w Selgrosie coś znajdę, bo oni mają takie starsze modele.
14:22, lacktris
Link Dodaj komentarz »