RSS
poniedziałek, 19 października 2009
znów chorobowo
Cały poprzedni tydzień byczyłyśmy się w domu na chorobowym. Niestety gdy w sobotę wyglądało, że jest z młodą lepiej, to dziś okazało się że jednak nie. Byłyśmy we wtorek na wymazie z gardła i nosa ( o dziwo bez protestu dała sobie powtykać patyki w nos i do gardła) i teraz czekamy aż coś tam wyrośnie.
Byłyśmy też w sobotę na zakupach. Początkowo Weronika dała nieźle popalić w sklepie, do tego stopnia, że myślałam, że ją zawinę w samochód i wysadzę gdzieś w jakimś ciemnym lesie. A to była głodna i chciała iść na kurczaka z KFC ( nic innego jej nie interesowało), a to jednak wolała loda, a to chciała kucyka, a to do domu , a to syrop na gardło!!! i wszysto okraszone solidnym płaczem z wielkimi łzami. Nie wiem co to się ostatnio z nią dzieje, na wszystko reaguje płaczem, nic nie powie o co jej chodzi tylko płacze rzęsistymi łzami. Może to być wielka tragedia jak i nic nie znacząca rzecz, a płacz jest jednakowo wielki. Na szczęście jakoś się uspokoiła. Nabyłyśmy młodzieży obuwie zimowe, aż dwie pary. Obie w jedynym słusznym kolorze. Jedna para to ciężkie grube buciory na śnieg, z grubą podeszwą, futrem w środku i oby jak przyjdzie co do czego okazały się nieprzemakalne. Druga para, to eleganckie kozaki, wykończone futerkiem ( z zewnątrz) frędzelkiem i jakimiś świecidełkami. Całą niedzielę dziecko chodziło po chałupie w tych różowych kozakach.
Co gorsza ja też zaszalałam i mam w końcu nowe kozaki. Na płaskim obcasie, prawie że klasyczny oficerek w ciemnym brązie. Są piękne. I będę w nich chodzić do końca życia. Nie mam wyjścia, kosztowały tyle że już nigdy nie kupię sobie innych butów. Nigdy też nie miałam tak drogich butów. Mam tylko nadzieję, że są tego warte. Póki co są. Wygodne, ładne, jakby na mnie ręcznie robione, na takim 3 cm obcasie, którego nie czuć zupełnie.
Tatuś wykorzystał nasza chorobę do pomalowania paki swojej super fury. W czasie gdy fura schła to on jeździł moim autem. Malowanie fury wiązało się też dla mnie z wyprawami po różne brakujące rzeczy. A to farby zabrakło, a to jakiś śrubek a to czegoś innego. Wczoraj pilnie odwiedziłam hipermarket budowlany. Odwiedziłam z młodzieżą, co nie chciała zostać w domu. W hipermarkecie były haloweenowe świeczniki w kształcie duchów. Naturalnie był to zakup wręcz niezbędny do dalszej egzystencji młodej. Duch jak to duch był gliniany. Weronika długo pamietała żeby uważać i go nie zbić. Jednak wysiadając pod domem z samochodu, chyba zapomniała, że go trzyma w ręku, bo elegancko rąbną o betonowy podjazd i się zbił. Rozpacz była wielka, łzy jak grochy. Pozbierałysmy skorupy, teraz trzeba tatę zmusić żeby go skleił. ( nie da rady kupić nowego, bo mimo że wszystkie te duchy były niemalże identyczne, to jednak tez zbity był jedyny w swoim rodzaju i żaden chińczyk nie wyprodukował jeszcze drugiego takiego samego)
Ostatnia wizyta w aptece była dla mnie dość nie miła. Weronika pod wpływem reklam zapragnęła koniecznie spożywać witaminki dla dzieci. To, że już od dawna na widok Marsjanek w telewizorze wrzeszczy że mam jej kupić, to pikuś, teraz w aptece zapragnęła gumowych misiów vibovitu. Na nic się nie zdała próba przekupstwa, że kupię jej zwykłe misie. Pani aptekarka odczytała, że miśki witaminowe są od 4 lat, co za szczęście że ona jeszcze tylu nie ma. Jednak takie tłumaczenie nie pomogło, dziecko w ryk, że chce witaminki i koniec. Pani aptekarka przejęła się bardzo i zaczęła szukać witaminek dla mniejszych dzieci, ale ja już nie czekałam ( bo jeszcze by coś znalazła)  i razem w drącym się dzieckiem wyszłam z apteki. A tu wczoraj w tv reklama, supelment diety, witaminki dla dzieci o 4 miesiąca życia!!! Koszmar. A to już nie można zjeść pomidora, marchewki, mięska itd i tym sposobem dostarczyć witaminek?? Jak by tak popatrzeć na reklamy to w zasadzie trzeba by się żywić samymi supelmentami, bo jest suplement na nogi, oczy, uszy, pamięć, twardość męskiego narządu, na żeńskie chęci do skorzystania z narządu, na wszystko jest suplement diety, to po co jeszcze się męczyć dietą?? Mając tyle suplementów to już nie za bardzo jest co uzupełniać, bo skąd wziąć miejsce w żołądku i pieniądze na dietę?
13:11, lacktris
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 października 2009
Kalendarz
Po raz kolejny stwierdzam, że się starzeję. I nie chodzi o zmarszczki, tych na szczęście jeszcze nie mam, ani o ekspresowe tempo wzrostu młodzieży. Chodzi mi o pamięć. Jak dotąd nigdy nie potrzebowałam kalendarza. Nawet jeśli jakiś zabłąkany terminarz trafił w moje ręce to nie bardzo wiedziałam co mam z nim robić i najczęściej nieużywany dezaktualizował się. Jednak co raz częściej dochodzę do wniosku, że trzeba będzie jednak zaopatrzyć się w taki kalendarz. Zdarza mi się zapominać o różnych rzeczach, może nie za często ale jednak. Niby nie mam aż tylu rzeczy do zrobienia, jednak to co mam warto by zapisywać i odhaczać zrobione. Chyba od stycznia spróbuję zaprzyjaźnić się z kalendarzem.
Wczoraj zbankrutowałam. Co gorsza zbankrutowałam a nie mam jeszcze wszystkiego kupionego. Młoda wyrosła z ubrań. Czas było ją obkupić. Dla odmiany wszystkie nowe ciuszki są w zupełnie innym kolorze niż zwykle, a mianowicie całkowicie niespotykanym i nowatorskim RÓŻOWYM!!! Dobrze że chociaż dżinsy są niebieskie, jedynie ozdóbki mają różowe. Weronika mimo swoich 3,5 roku nosi ciuchy w rozmiarze na lat 5. I wcale nie są za duże. Podejrzewam też że we wczesnej podstawówce będziemy mogły się wymieniać tak butami jak i ciuchami ( o ile ja nie osiągnę jakiś monstrualnych rozmiarów). Z zakupów brakuje nam jeszcze kombinezonu i obuwia zimowego, no i może jeszcze ze dwóch trzech par rajstop. O dziwo udało mi się kupić też coś dla mnie- bluzka i koszula. Dawno już nie miałam koszuli i nawet te moje opony na brzuchu nie wyglądają  w niej tak źle.
Niestety nie jestem już motylem. Czas chyba jednak wziąć się poważnie za odchudzanie. Jakoś co prawda rozleniwiłam sie ostatnio straszliwie i nic mi się nie chce. Swoje lenistwo naturalnie tłumaczę tym,  że nie mam na nic czasu, dlatego po pracy i obiedzie zalegam na kanapie przed tv. Nawet ciężko mi się zmusić do ogarnięcia chałupy. Jedyna motywacja to te tańce Weroniki na które muszę ruszyć tyłek dwa razy w tygodniu.
Dostałam prezent od męża. Nowy aparat fotograficzny.  W końcu ja też będę mogła pstrykać. Chciałam mieć mały i różowy aparacik, kwestie techniczne pozostawiłam decyzji małżonka. Problem w tym, że różowy kolor ma szalone powodzenie u żeńskiej części mojej rodzinki. Konkurencję mam olbrzymią i co gorsza przegrywam. Weronika robi zdjęcia jak szalona i nie pozwala mi się bawić. Teraz muszę sobie dokupić jeszcze pokrowiec i będę go mogła zabierać ze sobą wszędzie.
W weekend upiekłam pierwszy raz w życiu szarlotkę ( to tak przy okazji odchudzania) Ciasto było deserkiem na urodzinowy obiad dziadka. ( obiad był u nas) Z tej okazji Weronika zrobiła dziadkowi laurkę. Chociaż laurka to zbyt małe określenie. Młodzież zamalowała cały blok i wszystkie dzieła wręczyła dziadkowi. A dzieła są w istocie wiekopomne. Dzieła przedstawiają z grubsza naszą rodzinę - mamę tatę i Weronikę. Najczęściej mama obłapia Weronikę a tatuś obłapia swoje kobiety. Ręce wyrastają wszystkim osobom z głowy, a ja mam włosy na całej głowie ( na brodzie i w uszach też) . Na jednym portrecie mam bardzo mocno wyeksponowany komplet uzębienia. Po ilości zębów sądząc są tam nawet dwa komplety. Jednak dzieła te są piękne. Można w nich rozpoznać kto jest kto i postacie przypominają ludzi. Drugi ulubionym tematem dzieł są grzyby głównie muchomory. Te grzybowe arcydzieła produkuje taśmowo. Mam wybitnie zdolne dziecko. Może kiedyś będzie sławną malarką??

09:22, lacktris
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 października 2009
Opóźniona
Znowu jestem opóźniona. W sensie zakupowym. Dziecko potrzebuje jesiennych butów, a tu już nie sezon na takowe. Wszystko przebrane i wykupione, zostały ochłapy. Teraz jest czas na zimowe ubranka. No ale jakoś udało nam się wybrać w miarę ładne buty, tyle że kosztowne. Niby wiadomo, że dla dzieci but kosztuje dużo, ale bez przesadyzmu. Z drugiej strony oglądając te plastikowe tandetne buty z Barbie, czy inną księżniczką za prawie 100 zł, to już wolę dołożyć te parę złotych więcej i kupić coś co jest i w miarę ładne i przyzwoite jakościowo. Całe szczęście, że Weronika zajęta była oglądaniem bajki w sklepie to nie widziała tych barbiowychy buciorów. Chyba trzeba będzie się wybrać już po kozaczki, są całkiem ładne.
Wczoraj najsłynniejsza galeria handlowa w Szczecinie obchodziła swoje urodziny. W związku z tym, odbyły się różne imprezki, noc zakupów itd itp. Jako że tam miałyśmy najbliżej to niestety tam robiłyśmy zakupy. Nie obyło się bez lodów i nic to, że kaszel niczym u palacza z 20-letnim stażem, nic to że gil do pasa, nic to że zasypiam na stojąco, lód musi być. Młoda dzierżąc loda w ręku postanowiła obejrzeć występy ( całe szczęście, że z nowymi butami na nogach, to przynajmniej załatwiłyśmy główny cel wizyty w sklepie).Najpierw były panie co się wyginały na scenie w mieszance tańca brzucha z bollywood i tańcem egipskim ( takim co to pokazują na filmach z ruszaniem głową i machaniem rękami) co to było tak naprawdę to nie wiadomo. Jednak ten występ nie przypadł dziecku do gustu. Potem był pan "fakir" co się kładł na potłuczonych butelkach i na łożu z gwoździ i to się dziecku podobało szalenie. Na więcej występów nie miałam cierpliwości, bezczelnie wzięłam protestujące dziecko za łapę i poszłyśmy do samochodu. Tzn próbowałam pójść do samochodu. Na ruchomych schodach ( czy taśmie) Weronika zamiast jechać do góry to stała w miejscu , czyli schodziła w dół żeby nie przegapić nic z kolejnego występu :-)
Chciałam też kupić but na jesień dla siebie. W zasadzie to nie tyle chciałam, co muszę coś kupić. I mam problem. Nie dość , że na płaskim obcasie to prawie nic nie ma, to jeszcze nastała moda na botki tuż przed lub tuż nad kostkę. Innych butów nie uświadczysz ( no dobra są jeszcze emeryckie półbuty, ale do emerytury zostało mi jeszcze conajmniej 28 lat). Nie ma co ukrywać, że w takich super modnych botkach mało która kobieta wygląda dobrze. Do tych butów trzeba mieć nogę- długą i szczupłą żeby wyglądać przywoicie. Dobra od biedy można by ubrać taki but do spodni,które zakryją gdzie się but kończy, ale nie, bo one - buty są rozszerzane przy kostce więc ciężko but zasłonić czymkolwiek. Więc chodzą po ulicach super modne kobiety z króciutkimi nóżkami w modnych botkach , a potem się dziwią że Jacyków je krytykuje. Wygląda więc na to że jesienią będę chodzić boso. Chyba że w końcu sie przemogę i ubiorę obcas. Bo obcas jesienny i zimowy i letni to posiadam.
Jestem z siebie dumna. Minęło już trochę czasu a ja wciąż wcieram co wieczór krem w siebie, znaczy się w twarz. O balsamie do ciała to bywa że mi się nie chce, bo jestem tak zmeczona że marzę tylko o łóżku a nie o balsamie. Być może brak obuwia na płaskim obcasie zmusi mnie do obcasów i jakiś bardziej eleganckich ciuchów ( skąd je wziąć??? ) Zawsze chciałam być taka ładna, elegancka i zadbana, a tymczasem jakoś mi nie wychodzi. NA dodatek nie mam motywacji. Czasem ( a w zasadzie w każdy wtorek i czwartek) gdzy czekam na Weronikę na tańcach i oglądam te zadbane mamusie, to troche mi przykro. Jednak z drugiej strony gdzie ja mam ubrać tą kieckę i obcas, na zakupy i zabić się idąc z siatami? Przecież nie na moją budowę, gdzie warunki zewnętrzne pozwalają na elegancki ubiór może z 10 dni w ciągu roku. Zimą , jesienią i wiosną to raczej by mi się rybackie kaloszki przydały a nie szpilki, natomiast latem jest kurz niczym na Saharze, sandał ciężko ubrać, bo dotarcie od samochodu do biura ( 30m) z czystą nogą to cud.
08:17, lacktris
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 września 2009
Kot jednak nie chce z nami mieszkać. Wczoraj specjalnie pojechaliśmy na działkę ( odpowiednio przygotowani), żeby przygarnąć kota, jej nie było. Podobno teraz mieszka u innych działkowców. No ale pewnie się na nas obraziła. Okazało się, że tydzień temu ona wcale sobie nie poszła. Owszem wymęczona pieszczotami babci zniknęła, ale zniknęła w domku, wcale z niego nie wychodziła. Schowała się tak doskonale, że teściowa wyjeżdżając z działki obszukała cały domek kota nie znalazła i drzwi zamknęła. Jak się później okazało z kotem w środku. Dobrze, że sąsiad co remontował domek ma klucze i ma we zwyczaju obchodzić wszystkie domki które robił po wyjeździe właścicieli ( czyli w zasadzie jakieś 90% domków na działkach ) i sprawdzać czy światła pogaszone a woda zakręcona, to  w poniedziałek kota wypuścił. Pewnie za to uwięzienie się obraziła.
W dordze na działkę byliśmy na grzybach. Myślałam, że dziecko w lesie będzie bardziej przyjazne dla otoczenia. O jakże się myliłam. Okazuje się, że w lesie mieszkają straszliwie groźne zwierzęta które uniemożliwiają dziecku poruszanie się - a mianowicie pająki. No fakt to nic przyjemnego wleźć w pajeczynę, ale bez przesady. Te pająki co mieszkają w domu jakoś jej nie przeszkadzają. Oprócz tego w lesie na ziemi leżą połamane gałęzie i ciężko się chodzi. Na szczęscie jak już z tatą znaleźli grzyba to zapomniała że gdzieś ponad jej głową mieszkają pająki, a na ziemi sa gałęzie. grzybów nie było wiele. I to nie tylko my nie mogliśmy ich znaleźć, po lesie błąkało się wielu grzybiarzy z pustymi wiadrami. My co prawda dla kamuflażu nie braliśmy wiadra, ale kosz ( no dobra koszyczek który równie dobrze mógłby służyć do wielkanocnej święconki ) i ten kosz zapełniliśmy w całości grzybami. I teraz nie wiadomo co z nimi zrobić, bo jeśli do słoików to wyjdzie może jeden, a jak do zupy to raczej dla smak, może do sosu??
Co jakiś czas napada mnie refleksja na temat mojego wyglądu. Znaczy się, że nie dbam o siebie, nie wklepuję kremów itd itp. Skutkuje to zawsze mocnym postanowieniem zadbania o siebie i zwykle zakupem różnych mazideł. Zapału starcza mi na dwa trzy zabiegi zadbania o siebie i tyle. Często nawet nie otwieram tych mazideł co je nakupuję. Aktualnie jestem w trakcie trwania etapu dbania o siebie. Refleksja o przemijaniu czasu i urody napadła mnie już tydzień temu. Stało się to w drogerii Rossman, do której mi nigdy nie po drodze, mimo, że gazetkę reklamową mają całkiem ciekawą. No ale naczytawszy się forów o oszczędzaniu i byciu doskonałą gospodynią domową postanowiłam tydzień temu wypróbować środki czystości ich marki. Oprócz tego przy półce z balsamami do ciała napadło mnie że nie dbam o siebie. Co z tego że mam w domu kilka różnych balsamów jak nigdy nie mam czasu ani ochoty po kąpieli jeszcze wcierać w siebie tych mazideł i czekać aż się wchłoną., wcale to nie przeszkadza w zakupie kolejnej butelki balsamu. Kolejny napad nastąpił gdzies przy półce między kremami a podkładami i innymi kolorowymi mazidłami. No koniecznie trzeba kupić kolejny podkład, bo jakoś ten ostatni się przedawnił tak często go używałam,a Foremniak przecież doskonale wygląda stosując ten właśnie podkład. Jestem zadowolona z tego zakupu. Nawet się raz pomalowałam, dziś do pracy. Przy dobrych wiatrach to może jeszcze parę razy się pomaluję. Jak mi się chce to nawet umiem się całkiem dobrze pomalować i nawet nie chodzi o to, że rano nie mam czasu na malowanie. Mój problem z makijażem polega na tym, że wieczorem trzeba go zmyć, a jakoś mi strasznie ciężko zawlec się do łazienki i zmyć to co mam na twarzy. I dlatego maluję się sporadycznie.
Kolejny napad refleksji nastąpił w ten weekend. Nastąpił również w Rossmanie. Wstąpiłam tam tylko po chusteczni do wycierania słodkiej 3,5 letniej pupeczki. Doszłam do wniosku, że może powinnam nauczyć się wklepywać codziennie w swoją twarz jakiś krem. Troszkę mnie przeraziło, że na kremie napisane jest - dla skóry powyżej 30 roku życia , że ujędrnia i działa przeciw zmarszczkom- no stara jestem. Ba! nawet ten krem już sobie wklepałam trzy razy. Oprócz tego nawet dwa razy położyłam sobie maseczkę na twarz ( dwa razy w tym zrywie refleksji urodowych, bo już bodajże rok temu też kładłam na twarz maseczki, wytrwałości starczyło mi na jakieś cztery razy), Ciekawe kiedy tym razem przestanie mi się chcieć.
Co innego Weronika. Ona w sklepie znalazła dla siebie całe mnóstwo kosmetyków. Co gorsza, te które ma w domu to namiętnie stosuje. I nie zapomina codziennie rano wypryskać się perfumami, oraz spryskać włosów cudem co ułatwia rozczesywanie. O żelach do kąpieli z brokatem , oraz stosowaniu soli do kąpieli nie będziemy wspominać.
09:14, lacktris
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 września 2009
Niedźwiedź
Panna Weronika rozpoczęła trzeci tydzień edukacji przedszkolnej. Rozpoczęła z kaszlem i bólem gardła, którym to z resztą przypadłościami zaraziła mnie. Do lekarza idziemy po pracy.
Mniej więcej od piątku pierwszego tygodnia, dziecię codziennie na pytanie jak było w przedszkolu odpowiadała, że znów nie była niedźwiedziem. We wtorek oznajmiając mi tą straszną nowinę miała łzy w oczach. Cóż więc kochająca matka mogła zrobić?? Ano w środę z rana szepnęłam pani nauczycielce słówko i już po południu prze szczęśliwe( czy to aby na pewno pisze się osobno??)  dziecię oznajmiło, że było śpiącym niedźwiedziem, co to zbudziwszy się pożera największych niedojdów co nie uciekną w porę. Na dodatek w czwartek też była niedźwiedziem.
O mało co wczoraj bylibyśmy wzbogacili się o kota. Kot cudnej urody całkiem czarny. Po bliższych oględzinach jestem gotowa tak na 90% stwierdzić, że to dziewczynka jest. Młodziutka tegoroczny produkt. Teściowa wypoczywała urlopowo na działce. Kotka nazwana przez tatusia Celiną cały ten tydzień się przymilała. Pod koniec to już nawet zaczęła mieć pretensje odnośnie niewystarczająco prędkiego serwowania mleka. Zasadniczo cały tydzień Celina mieszkała na zewnątrz, strawę sama zdobywała na polowaniach a przychodziła na pieszczoty i mleko. Spała pod tarasem, albo na krześle :-) raz czy dwa udało jej się wkraść do chałupy i zalec na materacu, tudzież schować się do torby i pójść niezauważoną na zakupy i wciąż niezauważoną wrócić do domu przywaloną różnymi wiktuałami ( niestety konsumpcja się nie powiodła ), dać się zauważyć dopiero przy wyjmowaniu zakupów. Dopiero w niedzielę, gdy młodzież przyjechała i zobaczyła kotka, Celina mogła oficjalnie i bez przeszkód wejść do domu i oficjalnie zdrzemnąć się, a raczej zapaść w kamienny sen, na materacu , ba kocyku z główką na poduszeczce. Teściowa zaczęła namawiać mnie żebym wzięła kotka do domu, bo on taki biedny i sobie nie poradzi, sezon się kończy i ludzi na działkach nie będzie to z głodu zdechnie ( w końcu w zimie myszy nagminnie nie pałętają się i polować ciężko) Kot tak fajny, że mimo iż nie przepadam za kotami wolę psy to byłam skłonna zabrać ją do domu, tatuś też, o Weronice nie wspominając. Doszło do tego, że ja,tatuś, Weronika i kot razem żeśmy przysnęli na tym materacyku. Kot o dziwo wytrzymał intensywne pieszczoty młodzieży, ba! nawet oczu nie otworzył gdy Weronika centralnie położyła się na kocie zamiast na poduszce. A mruczał przy tym donośnie. Właściwie gdy tylko poczuł coś na sobie co mogło go pogłaskać to mruczał jak najęty. Gdy zajęliśmy się przygotowywaniem grilla, kot wciąż spał a Weronika pokazała go prababci. Cóż prababcia z dzieckiem tak intensywnie pieściły kota, że ten się wkurzył i sobie poszedł. Poszedł zupełnie i całkiem, nie skusiły go grillowe zapachy. Cóż mimo szczerych chęci kot został na działce, nie zakradł się cichcem do otwartego samochodu na co miałam nadzieję ( w końcu specjalnie po to zostawiłam otwarte drzwi )A może to i lepiej, bo ja nawet nie bardzo wiem co się z kotem robi i jak się nim zajmować. Tyle tylko, że teraz dziecko mocniej napiera na zwierzątko.
Dziś rano Weronika mimo wielkich chęci, stwierdziła, że nie może wstać z łóżka, po prostu nie da rady. I oczu też jakoś nie mogła otworzyć. Ale pomocne okazało się wzięcie na ręce. Na rękach dała radę dotrzeć do przedszkola.
13:09, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 września 2009
Czy aby na pewno....
Mamuniu czy na pewno pójdę jutro do przedszkola??
No podoba jej się. Ja się cieszę, że odpadł mi problem ryków i przekonywania jakie to przedszkole fajne.
Poprzedni tydzień byłam na urlopie, aby jakoś łagodnie wprowadzić pannę w świat placówek edukacyjnych.Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie się martwiłam. Ale urlop był chyba bardziej potrzebny  mi niż Weronice. Pierwszy tydzień upłynął pod znakiem późniejszego przychodzenia, czyli na 8, bo od poniedziałku jesteśmy w przedszkolu od 6.40 i jesteśmy jako jedne z pierwszych ( jest jeszcze dwójka maluchów) . Pierwszego dnia odebrałam ją o tej 12 jak większość rodziców, co ma sama jak palec zostawać skoro nie musi, ale już od drugiego dnia zostawała do 14-15. Podobno w przedszkolu jest fajnie. Wczoraj malowali arcydzieło - drzewo które zamiast liści miało odciski dłoni młodzieży przedszkolnej- Weronika też odcisnęła swoją dłoń.
W pierwszym tygodniu przedszkola byliśmy też u fryzjera dla dzieci.( no krzesełka w kształcie samochodzików, bajki w tv, zabawki i te sprawy). Trzeba było w końcu obciąć te niemowlęce włosy co jej na końcach zostały i się tylko plątały, no i delikatnie zrobiliśmy grzyweczkę po skosie ( mimo, że tatuś zabronił robić grzywki), i pani fryzjerka dwa pasemka potraktowała jej gofrownicą. Dziewczę wyszło dumne jak paw ( i pragnące chodzić do fryzjera codziennie ba! kto by nie chciał, ale jakoś mnie nie stać niestety na taki luksus).
Oprócz tego byliśmy u DENTYSTY - WSZYSCY!!!! Dziewczę dzielne, zęby zdrowe, ( ona chce chodzić do dentysty codziennie). O jękach i rozpaczy ojca wspominać nie będę, natomiast ja zafundowałam sobie usunięci górnej ósemki. No haratała mi policzek i jak się okazało na fotelu była już całkiem zepsuta. Dziura boli mnie do tej pory. Okazało się też że miętka jestem. Po cesarce ketonal odstawiłam w trzeciej dobie, co by młodzież nie konsumowała zbyt wiele i ból jakoś znosiłam, nawet specjalnie mi nie przeszkadzał. Natomiast teraz sobie nie żałuję. Bez ketonalu ani rusz, no nie mogę być twarda. Co prawda, poniekąd ze strachu przed uzależnieniem, wczoraj przeszłam na apap, ale jakoś efektu nie widzę. Mam nadzieję, że dłużej niż tydzień nie będzie mnie bolało. Nie pamiętam już ile czasu bolało mnie po usunięciu poprzedniej ósemki.
Oczywiście ponieważ nie mogłam w weekend za wiele jeść to nagle zapragnęłam kotletów, pierogów, orzeszków i innych smakowitości wymagających użycia zębów. Kanapek zapragnęłam a tu guzik. Co prawda w ramach zajęcia czymś dziecka w niedzielę zrobiłyśmy pierogi, dzieki temu wczoraj nie było problemu z obiadem :-)
Panna Weronika w końcu załapała o co kaman z rowerem. Niedzielnym popołudniem pojechaliśmy rodzinnie do Lasku Arkońskiego, ponieważ tam jest ścieżka rowerowa równa i wyasfaltowana, no i samochody nie jeżdzą. Miało być mało ludzi, bo pogoda taka sobie. Ludzi był tłum, ale dziecko wsiadło i pojechało. Jeszcze raz mówię sobie, że warto było wydać tą kupę kasy na porządny rower. Wywaliła sie tylko raz,  bo nie zdązyłam jej złapać. jeszcze nie może pojąć tego, że jak sie jedzie szybko to nie należy mocno i gwałtownie skęrcać kierownicą. Obijechałysmy Arkonkę dwa razy, tatuś zrobił 300 zdjęć ( większość na życzenie rowerzystki). Nie muszę chyba dodawać, ze to była różowa rowerzystka. Na ścieżce co dwadzieścia metrów namalowany jest rower, żeby nikt nie zapomniał gdzie się znajduje. Na drugim okrążeniu panna Weronika zatrzymywała sie przy każdym znaczku i kazała sobie robić zdjęcia. Ale śmiga strasznie szybko, ciężko za nią nadążyć na piechotę. Chyba kupię sobie rolki, bo dopóki nie nabędzie wprawy w jeździe to raczej na wspólne rowerowe wyprawy nie ma szans ( a panna stwierdziła, że na fotelu ze mna to ona już jeździć nie będzie )
Od dziś zaczynamy tańce. Wygląda na to, że sama sobie zapełniłam trzy popołudnia w tygodniu, dwa razy tańce i raz basen . Co gorsza na te trzy dni obiady muszę zrobić wcześniej, bo inaczej się nie wyrobię. Tańce na 17.15 a do domu docieramy o 16 , przed piątą trzeba wyjść. Na dodatek muszę obmyśleć jakąś alternatywną trasę, bo normalna główna droga jest cały dzień zakorkowana i musiałabym wogóle do domu nie wracać żeby zdązyć na tańce. Może nadłoże km ale za to czasowo wyjdzie mi lepiej.
08:03, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Jak człowiek dorasta i ma własne dzieci to dopiero jest w stanie zrozumieć swoich rodziców. Póki co rzecz się tyczy zajęć dodatkowych i przyszłości edukacyjnej młodzieży. Oczywiście studia ( kierunek może sobie wybrać sama) są tak oczywista sprawą że nie ma co o tym pisać, zobaczymy czy będą też tak oczywistą sprawą po maturze czyli za jakieś 15 lat. Teraz na tapecie są zajęcia dodatkowe. Fakt, że młoda ma raptem 3,5 roku nie ma tu nic do rzeczy. Im wcześniej zacznie tym więcej zdąży spróbować i wybrać sobie coś co jej pasuje. W tym roku szkolnym będą więc tańce oraz basen. Raczej odpuszczę jej pianino ;-) I gdy sobie tak planuję na co to ona chodzić nie będzie ( pomijam kwestie finansowe) to wychodzi na to, że dziewczynie czasu na wszystko nie wystarczy. Biedna nie będzie miała kiedy spać, o zabawie na podwórku nie wspominając.
To oczywiście żarty. Fakt, że pomysłów na zajęcia dodatkowe dla Weroniki mam całe mnóstwo, chciałabym żeby umiała dużo różnorodnych rzeczy, ale też nie zamierzam jej przymuszać do czegoś na co wybitnie  nie będzie miała ochoty.
I tu przypomina mi się konflikt rodzice- dziecko. Sama to przerabiałam. Rodzice posyłali mnie tu i ówdzie a ja byłam zła i na złość mamie się nie uczyłam ( dopiero na stare lata poszłam po rozum do głowy i za własne pieniądze uczyłam się tego czego nie chciałam za kasę rodziców), tańcować nie chciałam itd.itp., wolałam grać w gumę z dziewczynami na podwórku. Rodzice moi niestety byli zbyt pobłażliwi i ulegli, więc odpuścili mi te dwa zajęcia dodatkowe, które jakoś szczególnie nie ograniczały mi możliwości grania w gumę.A teraz ja żałuję, że odpuścili, bo nie umiem. Żałuję, że nie posłali mnie na więcej zajęć. I dlatego będę Weronikę zmuszać i gonić, żeby potem nie miała pretensji że jej odpuściłam. No dobra nie będę jej zmuszać do śpiewu jeśli się okaże, że słoń jej na ucho nadepnął, ale tańczyć to każdy może się nauczyć.
Wczoraj było zebranie w przedszkolu, tym razem dla rodziców. Póki co wychodzi na to, że wcale tak dużo kosztów dodatkowych nie będzie. Na razie jest ubezpieczenie i składka na materiały plastyczne. A od wtorku regularna nauka :-) Ech czemu te dzieci tak szybko rosną. Ledwo co się urodziła, a już idzie do przedszkola, zaraz pójdzie do szkoły, potem przyprowadzi chłopaka , wyjdzie za mąż a ja się zestarzeję. Niby tak ma być, ale dlaczego tak szybko?

09:04, lacktris
Link Komentarze (1) »
środa, 26 sierpnia 2009
Przedszkolaczka
Czas leci nieubłaganie. Już we wtorek panna Weronika rozpocznie edukację w placówkach publicznych. Od poniedziałku chodzimy na zajęcia adaptacyjne. Póki co nie jest źle. W poniedziałek co prawda dziewczę nie chciało robić tego co pani pokazywała, ale 90% dzieci nie chciało, więc to chyba nic strasznego. Każdy wolał indywidualnie zapoznawać się z przedszkolem. Wczoraj było lepiej, nawet brała udział w zabawach organizowanych przez panią. Wczoraj to i warunki były lepsze, bo nie było spędu wszystkich dzieciaków, tylko każda grupa miała zajęcia ze swoją panią, dzieci było więc mniej. PO zabawach z panią, każdy bawił się we własnym zakresie. Weronika od razu ( podobnie jak i w poniedziałek ) chwyciła za autka i bawiła się z chłopakami. Następnie zabrała się razem z inna dziewczynka i panią za lekturę. Obwieściła też pani, że lubi pomidory :-) Zabawa dzieci bez pani miała się odbywać również bez udziału rodziców. I tu wyszło, że nie jestem aż tak nadopiekuńcza i przewrażliwiona jak myślałam. Nie miałam żadnych oporów żeby zostawić ją samą, ani ciągot, żeby się z nią bawić czy stać jej nad głową. Może to zahartowanie na tańcach??
Podobnie gdy posłuchałam co inne mamusie mówią o swoich dzieciach. Okazuje się, że moje rozpieszczone dziecko jest całkiem samodzielnym człowiekiem, który w zasadzie sam umie zrobić koło siebie co trzeba. Nie ma problemów  z ubieraniem, samodzielnym korzystaniem z toalety, z samodzielnym jedzeniem - inna rzecz, żeby panna zechciała jeść. Natomiast z opowieści mamuś wynika, że inne dzieci to sieroty co gatek na tyłek ubrać sobie nie umieją. A najbardziej zadziwiło mnie pytanie jednej mamusi ( tak się akurat złożyło, noszącej to samo nazwisko co i ja , widać nie jednemu psu burek ) czy talerze i kubki będą plastikowe. "Niestety" w przedszkolu zastawa stołowa jest normalna ceramiczna, pani troszkę się przeraziła bo jej syn nie umie pić z ceramicznego kubka, tylko z plastikowego. Hmm jeżeli kubek jest z uchem to co za różnica czy ceramiczny czy plastikowy? Trzyletnie dziecko nie powinno mieć problemów z udźwignięciem kubka ceramicznego wypełnionego płynem, do tego dźwigu nie potrzeba.
Poza tym Weronika jest całkiem spora. Dzieci są w różnym wieku ( rocznikowo nie ma młodszych niż 2006 ) , są takie co ledwo skończyły 3 lata ,albo nawet i nie, ale są też i takie co dawno skończyły 4 lata ale pierwszy raz idą do przedszkola. Poza jedną dziewczyną która jest wielka i potężna jak jej mama to Weronika jest najwyższa. No i dobrze, niech wzrost ma po tatusiu.
Wygląda na to , że nie powinna mieć problemów z przebywaniem w przedszkolu.
Z okazji przedszkola mam inny problem. W pierwszym tygodniu niby nie powinno się zostawiać dzieci na całe 8 godzin. Tak sobie myślałam, że będę ją odprowadzać na 8 rano, żeby się trochę wyspać ale chciałam ją odebrać koło 14, a tu się okazuje że inne mamusie planują odbiór dzieci zaraz po obiedzie czyli o 12. Hmm no to trochę może być nieprzyjemnie jakby Weronika miała sama jedna zostać do tej 14. Chyba we wtorek przyjdę na 12 zobaczę co jest grane i ile dzieci zostaje i wtedy podejmę decyzję.
Nasz trawnik wygląda bosko. Co prawda są jeszcze małe dziury, ale jakoś ta trawa i tam wyrośnie. Zastanawia mnie dlaczego ta trawa rośnie jak opętana. Trzeba ją kosić dwa razy w tygodniu. Ba! wygląda że można by nawet i częściej, bo po dwóch dniach jest już dość wysoka i widać ślady jak się po niej chodzi. Dodam, że tatuś kosi najniżej jak można, na dwa centymetry ( chyba )
A ja wczoraj przesadziłam krzak jaśminu w docelowe miejsce. Ciekawe czy się przyjmie.
Dobrze, że w przyszłym tygodniu mam ten przedszkolny urlop, to może pochodzę po sklepach ogrodniczych i kupię w końcu te piwonie na których mi tak zależy. No i może jakieś inne krzaki też. Cały czas myślę, w które miejsce wsadzić te nieszczęsne rododendrony, żeby jakoś po ludzku wyglądały. Dobrze, że chociaż ten jaśmin wiedziałam gdzie posadzić.
Ach! zupełnie zapomniałam. Weronika ma nowy rower. Różowy z kotkami. Co prawda w sklepie wybrała sobie początkowo inny, ale jakaś chińska tandeta to była i jak wsiadła na ten pierwszy rower to powyginana była i znowu żeby przekręcić pedały to niemalże  kolanem w brodę się pukała. A jak wsiadła na ten z kotkami to od razu widać było, że wszystko jest jak trzeba, w sklepie pojechała i od razu wiedziała jak się pedałuje. Cóż jeszcze raz sprawdza się teza że lepiej kupić coś droższego, ale za to dobrego co będzie używane często i długo niż tanią tandetę. Póki co jest jeszcze problem z koordynacją pedałowania z kręceniem kierownicą. Albo pedałujemy, albo kierujemy :-)
09:57, lacktris
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
Kret
Mamy kreta. Zakupiliśmy nawet brzęczyki. Początkowo jeden, który rzekomo miał wystarczyć na 500 metrów ( a my mamy raptem 300) nie podziałało. Dokupiliśmy jeszcze cztery brzęczyki. I guzik. Wczoraj kolega kret zrobił kopiec na samym brzęczyku, zasypał go ziemią i tyle sobie robi z brzęczyka. Tatuś jest zły, bardzo zły. Zakupił nawet trutkę na krety. Ale kret też nic sobie z tego nie robi. Co grosza im więcej tych brzęczyków tym więcej kopców. I tak jak zwykle kopał jeden kopiec dziennie, tak wczoraj było pięć. Przyjdzie nam polować na niego dzień i noc, może się uda zapolować na niego z łopatą. Bynajmniej nie w celach morderczych o nie! Łopata podobno służy do tego, aby a momencie gdy kret robi kopiec i jest na samym szczycie to należy go łopatą wyjąć z ziemi, podobno wyjęty na światło dzienne kret jest oszołomiony i zdezorientowany, nie ucieka, należy go wtedy zapakować w kartonik i wywieźć w pole. Taki oto przepis dostaliśmy, ciekawe czy to jest w ogóle wykonalne. Póki co przyjdzie nam się z tym paskudem zaprzyjaźnić. Złośliwiec to jest straszny, bo mógłby sobie kopać kopce na, że się tak wyrażę, mojej części ogródka, mi tam nie przeszkadza, to on kopie tatusiowi na trawniku.
Tatuś oszalał na punkcie trawnika. Każe mi wyrywać chwasty z trawnika!!! Wyrywanie chwastów jest najbardziej znienawidzoną przeze mnie czynnością ogrodniczą, a on wymyślił że mam z trawnika je wyrywać. To ja nie mogę się wziąć, żeby swoją część ogródka , na której jeszcze nic konkretnego nie rośnie, odchwaścić, a tu mam delikatnie wyrywać chwasty z pomiędzy ździebeł trawy, żeby jej nie wyrwać przy okazji??? Niedoczekanie. Wymyślam więc różne powody żeby nie wyrywać. Ale chyba przyjdzie mi w końcu chociaż swoją część odchwaścić, żeby się nie rozsiewało na jego trawnik.
Oprócz wyrywania chwastów nie lubię też prasowania, dlatego aby odwlec tą nie lubianą czynność, poszłam zbierać opadłe liście i jabłka z trawnika. Na pierwszy rzut oka wyglądało, że jest tego mało i szybko pójdzie. Owszem poszło całkiem sprawnie ( dopóki deszcz mnie nie złapał ) ale nazbierał się wielki wór liści. Na dodatek jeszcze nie wszystko zebrałam.
W ostatnim tygodniu dziwnie się ze mną dzieje. Póki co zwalam to na pogodę, chociaż muszę się do tego przyznać, że nigdy pogoda nic takiego ze mną nie robiła, ciąża to i owszem, ale nie pogoda. Otóż od tygodnia ciągle chce mi się spać. Na dodatek przysnęłam w pracy, na szczęście dyrektor na urlopie, to mnie nikt nie przydybał, ale co to będzie jak do przyszłego tygodnia mi nie przejdzie? Co gorsza, jak przychodzę do domu to muszę się zdrzemnąć, to silniejsze ode mnie. Oczy same mi się zamykają i odlatuję, nie ma na to siły. Pierwszy i ostatni raz miałam tak w ciąży z Weroniką, jednak teraz prawdopodobieństwo ciążowe jest znikome. Może to jednak na starość pogoda mnie nęka takimi przypadłościami?
09:14, lacktris
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Trawnik
Po dwóch tygodniach od wysiewu trawnik zaczyna wyglądać jak trawnik. Tatuś zaczyna mieć obsesję na jego punkcie. Codziennie podlewa, dogląda i przebiera nogami kiedy będzie mógł kosić. Na razie dosiewamy, bo są puste miejsca, po ulewie dzięki której nasiona troszkę wypłukały się. Ale trawnik wygląda całkiem nieźle.
Każdy chyba musi odkryć swoje "Ameryki", bo przecież to co napiszę to nic nowego i już dawno zostało to powiedziane w różnych mądrych książkach , a pewnie już nasze babki o tym wiedziały. Otóż taki weekend z mężem sam na sam, bez dziecka jest bardzo potrzebny. No akurat nie mieliśmy całego weekendu ale 24 h bez dziecka. Było cudnie. W końcu mogłam ubrać różowy obcas, którego jeszcze nie miałam okazji wypróbować, iść do lokalu na obiad i poczuć tę przyjemność, że obcy faceci oglądają się z mną w mini i tym różowym obcasie, a ja jestem już zajęta, przynależna itd itp. A potem leżeć razem w łóżku i oglądać trzy głupie komedie po rząd i mieć w nosie gdzieś tam w centrum miasta odbywa się festiwal sztucznych ogni i było ponoć super. Fajnie jest poczuć tą bliskość z własnym mężem, nie przerywanym żadnym mamooooo siku, mamoo mleka, mamooo poczytaj mi, tatoo pograj ze mną w piłkę. Ale mimo, że nie było jej raptem jedną dobę to strasznie się stęskniłam. To w końcu moja ukochana córeczka i nigdy inne "kocham cię" nie będzie takie w 100% szczere i cudowne jak to troszkę naplute prosto w ucho od tej małej księżniczki.
Odkąd tatuś kupił grilla, to weekend bez niego to weekend stracony ( jakby nie liczyć to już minęły trzy grillowe weekendy ) Oczywiście żeby nie deptać trawnika w produkcji grill jest na tarasie. I dobrze, bo nie chciałoby mi się latać z tymi wszystkimi klamotami do ogródka, a tak rach ciach i wszystko jest blisko i wygodnie. No i super sprawa wyciągnąć się na tarasie na leżaku po ucztowaniu.
Jakiś czas temu odkryłam interesujący blog, blog młodej pisarki. Zawsze zazdrościłam innym lekkiego pióra, tego że potrafią ubrać w słowa swoje myśli i to jeszcze tak ładnie i składnie, że aż czytać się chce. Niestety, los obdarował mnie piórem ciężkim i topornym niczym młot pneumatyczny, toteż często czytając swoje własne wypociny sama nie wiem o co w nich chodzi. A im bardziej się staram, żeby było bardziej literacko, lekko i pięknie tym gorzej. Ale do rzeczy. Pisarka jest z mojego pokolenia i najfajniejsze jest to, że doskonale wiem o czym ona pisze, poniekąd rozumiem o co jej chodzi, ale też zazdroszczę podejścia do pewnych spraw. Na swoim blogu podała pewne wskazówki jak rozpoznać na półce w Empiku jej książkę. Wygląda więc na to, że aż tak tępa nie jestem, bo rozpoznałam. I tak jak rzadko kupuję książki ( czytam pożyczone, lub ściągnięte z netu, chociaż brakuje im magii leżenia w łóżku , z laptopem to kiepsko wychodzi), tak wzięłam się i kupiłam. Skoro blog mnie zachwycił, to niech i te kilka złotych wpadnie Pisarce do portfela. Przeczytałam książkę jednym tchem, aż żal że tak szybko i już się skończyła.
Ileż tam jest mojego własnego dzieciństwa, ileż różnych wspomnień ileż mogę odnaleźć własnych zachowań, własnej postawy. Ciekawa historia, daje mi do myślenia, widzę własne trupy w szafie, może nie aż z podstawówki, ale całkiem dorosłe, jednak one są. Jak znajdę gdzieś na półce pierwszą książkę Pisarki to też ją kupię.
 
14:28, lacktris
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42