RSS
wtorek, 08 grudnia 2009
PIerniczenie
W końcu po wielu ambitnych planach udało nam się troszkę popierniczyć. Co prawda produkcja jest połowiczna bo nie miałam siły na więcej. Drugą połowę pierników prawdopodobnie zrobimy w weekend. Mimo, że ciasto piernikowe nie leżakowało 5 tygodni, leżakowało zaledwie dwa dni, ale smakowo wyszły całkiem dobre. Weronika konsumowała na potęgę, lewo co ciut przestygły to już jadła. Musiałam ją trochę pogonić, bo by na Święta nic nie zostało. Za to tatusiowi i mi wydzieliła po dwa pierniczki na spróbowanie. Podejrzewam, że dziś nastąpi dekoracja, o ile młodzież nie zaśnie po przedszkolu.
Po chorobie Weronika nie chce chodzić do przedszkola. Już wczoraj nie chciała. Jak ją odbierałam to przyleciała z rykiem, że tak strasznie tęskniła. Niby w przedszkolu jest fajnie, niby lubi chodzić, ale nie chce ,nie bo nie. Problem pogarsza sprawa odejścia jednej pani. Pani dostała normalny etat w innym przedszkolu i nie ma co mieć do niej pretensji, że woli stałą pracę niż umowę na zastępstwo, która i tak się kończy 31 grudnia. Nowa pani będzie dopiero od stycznia, więc ten miesiąc jest tylko jedna pani która na dodatek poszła na zwolnienie. Dziś rano była tragedia, bo w przedszkolu była pani od starszaków i Weronika nie chciała zostać, zalała się łzami, przykleiła i koniec. Strasznie się czułam zostawiając ją tam samą. Z resztą inne mamusie też nie są zadowolone z zaistniałej sytuacji. Jednak jakoś ten grudzień trzeba się przemęczyć, zwłaszcza że to tylko do Świąt. Właśnie ! kolejny problem, bo między Świętami a Nowym Rokiem, będzie tylko dyżur, czyli zgonią wszystkie dzieci do jednej grupy i będzie jedna pani. Ja już nie mam tyle urlopu żeby mieć wolne w tym czasie. Mam nadzieję, że tatuś będzie mógł posiedzieć z nią w domu.
08:16, lacktris
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Mikołajki
Weekend mikołajkowy była fantastyczny. Zaczęło się od wizyty w kinie w sobotę rano. Miłym prezentem od kina Helios są tańsze bilety na seanse do 14, dzięki temu bilet tatusia mieliśmy "gratis"  ( zapłaciliśmy jak za dwa normalne bilety a mamy trzy). W kinie był Mikołaj z cukierkami, ale Weronika nie chciała się poczęstować. Poszliśmy na 9.30 i na sali oprócz nas były jeszcze tylko trzy rodziny z dziećmi. "Renifer Niko ratuje Święta" to naprawdę fajna bajeczka. Weronika oglądała z zapartym tchem. Nie ma w niej przemocy, bo nawet wilki które chciały pożreć renifery Mikołaja jakoś tak nie wzbudzały przerażenia. Dubbing bardzo fajny. Na dodatek jak stara baba wzruszyłam się straszliwie, aż się popłakałam.
Po kinie wróciliśmy do domu , wymyłyśmy okna w Weroniki pokoju, ozdobiłyśmy je świątecznymi malunkami ze sztucznego śniegu, żeby Mikołaj wiedział w którym pokoju mieszka Weronika. Dodatkowo machnęłam okna w sypialni i kuchni.  W kuchni również pomalowałyśmy okna, ale nie do końca, bo śniegu nam brakło. Do mycia zostały okna w dużym pokoju. Odwiedził nas jeden wujek i drugi wujek z synkiem. Synek jest Młody, ale ciężki całe 10kg które czuje się w rękach. Już wstaje przy meblach. Weronika naturalnie była zazdrosna, i pakowała mi się na kolana, trzymała mnie żebym czasem zbytnio się Młodym nie zajmowała. Był jeden mały kryzys, gdy Młody złapał Weronikę za włosy i pociągnął, ale udało się uniknąć rękoczynów. Potem wspólnie jedli chrupki kukurydziane, Młody zapluwał wszystko dookoła, bawili się razem cudnie i pięknie razem wyglądali. Tak instynkt się we mnie jakby odezwał, bo taki maluszek, bo ślicznie pachnie, cud miód orzeszki. Ale z drugiej strony mieć znów takie małe nieporadne dziecko, bawić się w pieluchy, to nie wiem czy mi się jeszcze chce. Weronika to już duża całkiem samodzielna panna.
W czasie choroby Weronika spała z nami. Gdy teraz już wyzdrowiała wcale nie zamierzała opuszczać sypialni. Jednak wizja tego, że Mikołaj nie wiedziałby gdzie ma zostawić prezenty spowodowała że Weronika w wielkich bólach wróciła do swojego łózka. Na dodatek stała się wielka tragedia. Mimo swoich prawie 4 lat młodzież lubi sobie do spania pociągnąć mleko z butelki. A tu pech smoczek się zepsuł i nie dało rady skorzystać. Nie dość że musiała wrócić do swojego łózka, to jeszcze bez butelki. No ale może to dobra chwila żeby już całkiem pożegnać się z butelką.
Mikołaj hojnie obdarował dziewczę. Co prawda miał pewien problem, żeby upchnąć prezenty w skarpetach co to je dziecko powiesiło na drzwiach swojego pokoju, ale jakoś się udało. Tak więc z rana młodzież obwieściła, że jednak Mikołaj trafił do niej do pokoju i zostawił jej perfumy ( Hannah Montana, jakby ktoś nie wiedział co jest na topie wśród prawie czterolatek ) oraz książeczkę z naklejkami o kucykach Pony. Następnie zrobiłyśmy ciasto na pierniczki ( do wypieku nie doszło, bo czasu nam zabrakło), upiekłyśmy bułeczki i poszliśmy na festyn mikołajkowy na Zamek. Mimo niefajnej pogody było całkiem sympatycznie. Ja jako matka dbająca o interesy dziecka dopchałam się do samej sceny, ba! nawet upchnęłam dziecko na scenie żeby lepiej widziało. No dobra posadzenie dziecka na scenie ulżyło też mojemu kręgosłupowi. Na festyn poszliśmy z wujkiem i ciotką. U nich też był Mikołaj i zostawił Weronice błyszczyk do ust ( no niespodzianka normalnie też z Hannah Montana) oraz ( też niespodzianka ) książeczki z naklejkami o pieskach i o kotkach . Po festynie poszliśmy wszyscy na obiad do pizzerii ( zahaczając po drodze o KFC po zestaw dla młodzieży, bo ona z pizzy to zjada tylko to ciasto co na samym brzegu jest , bez dodatków a i to w ilości raczej symbolicznej) Do pizzerii przyszli też dziadek i babcia, co spotkali Mikołaj po drodze.W wielgachnej torbie ( tak tak z obrazkiem Hannah Montana) był pluszowy kucyk co to śpiewa, mówi, beka, je i wydaje różne inne dźwięki)  Ech chyba za małe skarpety żeśmy przygotowały skoro Mikołaj nie zmieścił w nie wszystkich prezentów.
Szał naklejania trwa. O  ile książka o kucykach wymagała aby naklejki naklejać w niej, o tyle naklejki z książek o pieskach i kotkach można naklejać gdzie się chce. W związku z tym mamy obklejone wszystko jak leci ( na szczęście tylko w pokoju Weroniki)
Mama z tatą nie dostali od Mikołaja nic, poza cudownym weekendem i to jest warte bardzo wiele.
Dziś jest pierwszy dzień po chorobie jak Młoda poszła do przedszkola po miesiącu nieobecności. A 18 grudnia bal. Trzeba pomyśleć o stroju dla Weroniki. Co ciekawe idziemy z tatusiem na Sylwestra i też się musimy przebrać. Ja to mam koncepcję ale w co przebrać tatusia??
09:06, lacktris
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Atrakcyjny weekend
Weronika od poprzedniej niedzieli nie jadła. Niewiele udało się w nią wmusić.  W związku z głodówką bolał ją brzuch. Nic w tym dziwnego skoro na pusty żołądek ładuje się syropy na kaszel, na katar, na gorączkę i na wszystko inne. Do panienki nie docierały żadne tłumaczenia, że jak zje cokolwiek to brzuch przestanie ją boleć. Ale ona zaparła się w swoim niejedzeniu do tego stopnia, że nawet nutella nie pomagała. Na dodatek od kilku dni lata siusiać co 20 minut robiąc trzy krople. Tym to się przejęłam. Niby nie narzeka, że coś ja boli, ale zawsze nie ładnie to wygląda, zwłaszcza że mam całkiem spore doświadczenie w kłopotach pęcherzowych. W związku z tym w sobotę rano poleciałyśmy razem z babcią do laboratorium zanieść siuśki na badania. Wyniki dzisiaj.
Babcie oczywiście szalenie się przejęły stanem dziecka, a zwłaszcza jej niejedzeniem. Nastąpiło oczywiste zanegowanie umiejętności lekarskich lekarza rodzinnego oraz pani w szpitalu. Co gorsza babcie wpadły na pomysł pojechania na izbę przyjęć szpitala dziecięcego. Ciekawe tylko z czym ja tam miałabym jechać? z katarem? Dziecko ewidentnie nie umiera. A skoro nie umiera to trzeba by mieć skierowanie, więc z izby odesłano by nas do lekarza rodzinnego. Pomijam już fakt, że szpital dziecięcy w Szczecinie siedzi na walizkach i niby się przeprowadza, a niby nie bo nie za bardzo ma dokąd, więc nie pracuje tak na pełnych obrotach. Owszem skierowanie do szpitala mamy ale do innego, tego co już Weronika była. Jakoś więc udało mi się nie pojechać z nią do szpitala. Natomiast gremium babć stwierdziło, że trzeba innego lekarza. I zaczęły się poszukiwania, zakończone niestety sukcesem. W związku z tym, dla świętego spokoju w niedzielę cały zespół ekspertów z składzie lekarz, dwie babcie i dziadek zjawił się u nas w domu. Dodam , w domu po przejściach kanalizacyjnych, ale o tym potem. Dziadek od razu nawrzeszczał głównie na tatusia, że czemu wcześniej nie wezwaliśmy lekarza itd itp. Pan doktor ( już na oko widać, że za mniej niż 100 zł to ja nawet telefonu nie odbieram) dziecko obejrzał, obsłuchał i.... nie powiedział nic nowego poza tym co już powiedziała rodzinna i ta w szpitalu. Niby nic jej nie jest, no kaszle ale poza tym to nic. Nie jedzenie jakoś puścił mimo uszu. Ale zaangażowane babcie jakoś nie zwróciły na to uwagi. Dopiero ja drugi raz głośno i wyraźnie powtórzyłam że ona prawie tydzień nic nie je, to pan doktor powiedział, że tak może być, jak jest osłabiona po antybiotykach i kazał podać jakiś syrop na apetyt. Pan doktor wkurzył mnie na maksa i uważam, że nie jest wcale jakimś super lekarzem i nie ma podejścia do małego pacjenta, mimo że jest pediatrą i mimo całego zestawu naklejek. Weronika ogólnie lubiąca chodzić do lekarzy wszelkiej maści i chętnie poddająca się różnym badaniom na widok pana zaczęła się drzeć i nie dała się dotknąć. Badanie było więc siłowe. Na naklejki nawet nie spojrzała ( no o czymś to świadczy u takiej maniaczki naklejania ). Pan doktor wkurzył mnie straszliwie tym, że cokolwiek mówił o stanie mojego dziecka mówił to do babki a nie do mnie matki !!! Nie wiem czy wyglądam na przygłupa, który się nie zna i nie rozumie i złośliwie głodzi dziecko i chodzi do niewłaściwych lekarzy??? No nic pan skasował swoje 100 zł i poszedł.
Jedyny pozytywny skutek tej wizyty, że jak dziecko nie chce jeść to ją niepedagogicznie straszę powrotem pana doktora i od razu pięknie je :-) ale na szczęście w zasadzie już przed wizytą pana zaczęła normalnie jeść. Na dodatek mimo wyraźnych zakazów babci, że trzeba teraz ją kleikami i kisielkami karmić, w żadnym wypadku mleka nie dawać,  zjadła normalnego kotleta schabowego na obiad, zakąsiła ogórkiem kiszonym, a wieczorem wypiła mleko z kleikiem i żyje. Ba w nocy stwierdziła że jest głodna i chce jeszcze ogórka kiszonego i pomidora. Dostała, zjadła i poszła spać. A dziś rano na śniadanie skonsumowała pomidora. Dziś prababcia się nią zajmuje i trochę się obawiam co wymyśli. A po obiedzie ( siła reklamy jest wielka, skoro do obiadu się pije tymbark, to tatuś choremu dziecku pojechał i kupił tymbark do obiadu ), dziecko zapragnęło naklejać, więc tatuś pojechał do sklepu i kupił trzy książeczki z naklejkami i zagadkami. Zrobiłyśmy w jeden wieczór wszystkie trzy :-)
Nie muszę chyba dodawać, że babcie uważają, że lekarz był świetny i koniecznie należy iść do niego na kontrolę. To  niech najpierw załatwią mi podwyżkę w pracy. Bo pan doktor przyjmuje w przychodni do której trzeba sobie wykupić abonament, albo domowo. Nie mówię, że żałuję pieniędzy na zdrowie dziecka, ale wydawanie pieniędzy na lekarza, tylko dlatego że jest synem lekarza do którego kiedyś babcia woziła tatusia, i który wcale dziecku nie było potrzebny jest bez sensu. Równie dobrze, mogę zarejestrować dziecko do normalnego rodzinnego lekarza na kontrolę, zwłaszcza że mam do rodzinnego większe zaufanie niż do pana doktora.
Mimo jedzeniowego ozdrowienia, nadal kaszle, a co gorsza siusia co chwilę. Ciekawe co te wyniki pokażą.
Jak to zwykle bywa moje ambitne kulinarne plany wzięły w łeb. Zakupiłam oczywiście pieczarki i kapustę na uszka i pierogi. Zakupiłam miód na pierniczki. I tu na marginesie dodam, że nigdy nie lubiłam miodu, żadnego. Ale może to kwestia że zawsze próbowałam miodu sklepowego, który się cukrzył, był obrzydliwy.Jednak do pierniczków kupiłam miód od "chłopa" czyli pszczelarza ,miód lipowy. W domu tak z ciekawości spróbowałam tego miodu. No rewelacja. Jest pyszny. Nie żebym od razu łyżkami cały słoik zjadła, ale jest całkiem dobry.
Początkowo myślałam, że w piątek obiorę te pieczarki i zrobię sobie farsze do uszek i pierogów. Jednak panna jęcząca jakoś skutecznie mi to uniemożliwiła. No dobra to w sobotę się miałam wziąć. Tymczasem w sobotę siedząc nad obieraniem pieczarek i kontrolując naklejanie naklejek w książeczce usłyszałam że kibelek coś do mnie mówi. Tak więc kibelek powiedział, że się zapchał. Na szczęście w domu była duża 10 metrowa spirala do przepychania, a tatuś kupił jeszcze jedną trochę mniejszą bo ta duża do kibla nie wchodziła. Jakoś przepchaliśmy kibelek do momentu połączenia z rurami od kuchni. A potem była akcja w piwnicy, przepychanie od strony domu i od strony studzienki na podjeździe. To było przeżycie :-) ale jakoś się udało. Akcja udrażniania trwała jakieś trzy godziny. Przez ten czas Weronika z grubsza spała, a jak nie spała to wezwana na pomoc babcia zabawiała chore dziecko. Być może to marudzenie rozespanego i obolałego dziecka wpłynęło na wzrost paniki u babci :-)

10:57, lacktris
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 listopada 2009
Siedzisz w domu, nic nie robisz, masz czas
Na szczęście lekarstwo ostatniej szansy zadziałało. Wygląda na to, że ominie nas wizyta w szpitalu. Weronice wyraźnie wrócił humor. Wczoraj nawet skonsumowała jedno ciastko - delicję, co prawda ona woli malinowe, a akurat były wiśniowe. Poza ciastkiem całkiem normalnie jak na nią jadła. No wykleiła całą książeczkę o zwierzątkach naklejkami, porysowała wzorki w książeczce z kucykami, oraz wspólnie kolorowałyśmy kucyki, ba! nawet dostałam ważne zadanie samodzielnego kolorowania jak ona oglądałam bajkę. Poza tym zapragnęła grać w gierki na komputerze. Wygląda że będzie dobrze.
Pan tata jednak się przekonał, że siedzenie z dzieckiem w domu nie jest wcale takie lajtowe jak mu się wydawało. Nawet trochę złośliwie pożartowałam sobie z niego, że siedzi cały tydzień w domu z dzieckiem, ma kupę czasu, a tu nie posprzątane, obiad nie ugotowany, co on robił cały dzień? pewnie grał na komputerze :-) początkowo to się trochę obraził, ale potem sam się z tego śmiał. Mam nadzieję, że więcej nie będzie głupot gadał jak to siedząc z dzieckiem w domu , zwłaszcza z chorym dzieckiem, na wszystko ma się czas.
09:18, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009
KOmediantka
Weronika jest całkiem niezłą aktorką. Jednak będziemy mieć z nią ciężkie życie. Obym tylko miała wystarczająco dużo cierpliwości.
W dalszym ciągu chorujemy, ale na ile jej cierpienie jest faktycznym bólem a na ile komedią odgrywaną na potrzeby rodziny to wie tylko ona. U lekarza też dała całkiem dobre przedstawienie, na tyle udane, że lekarka przejęła się jej walącym sercem. Jednak od początku
Dziś miałyśmy się zgłosić na kontrolę i po zwolnienie dla taty. Żeby nie zaogniać i tak napiętej sytuacji na linii córka ojciec wściekli inni pacjenci,  do lekarza poszłam ja ( tak spóźniłam się do pracy). W przychodni jest jak jest i nie ma mowy w normalny sposób zarejestrować się do lekarza w inny dzień niż poniedziałek rano. Należy najpierw zgłosić pani w rejestracji, że zamierzam zapytać lekarza czy mnie przyjmie, potem zapytać lekarza i w razie zgody wrócić do rejestracji. Byłyśmy w przychodni kilka minut po 8 czyli zaraz po otwarciu. Na korytarzu dwie baby , jedna stanowiąca tło ( też czekająca do naszego lekarza) i druga obrażona na cały świat. Myślałam, że baby są już legalnie zarejestrowane, więc pytam czy będę mogła zapytać się lekarki ( jak wyjdzie poprzedni pacjent) czy nas przyjmie. Baba łaskawie się zgodziła. Jednak trochę w to zwątpiłam, gdy drzwi gabinetu się otworzyły a pani tak szybko tam wlazła, że omal mnie nie przytrzasnęła zamykając za sobą drzwi, ale byłam dzielna, ambitna i wlazłam też. Zapytałam , uzyskałam zgodę i pognałam do rejestracji zostawiwszy dziecko na krześle pod gabinetem ( no nie mam siły targać 16 kilo po piętrach, bo 16 kilo jest chore i samo chodzić nie może) Podczas gdy pani rejestratorka robiła swoje, z góry zlazły obie baby spod gabinetu. Jak się okazało one też nie były zarejestrowane. Jako że ja pierwsza pognałam do rejestracji( oprócz dorejestrowania się, zdobyłam też kubek z wodą dla młodzieży)  , pierwsza też wróciłam pod gabinet i tam zastałam CUD!!!! nie było nikogo więc weszłam z młodą do gabinetu. Pani doktor jak nas zobaczyła to załamała się, że to znowu my. Opisałam cierpienia Weroniki, wszystkie objawy, pani doktor wzięła się za osłuchiwanie , wtedy zapanowała chwila ciszy i dał się słyszeć głos baby z korytarza, że jak to ktoś wszedł, jak ona tu była pierwsza i kolejkę sobie zajęła i w ogóle to ona teraz wchodzi ( mimo że , jak się potem okazało, zebrała się już spora grupa pacjentów zarejestrowanych legalnie na konkretne godziny) , dobrze że nie wlazła do gabinetu i nie wyciągnęła nas za włosy na korytarz, bo była tu pierwsza.
Weronika od niedzieli nie przestaje jęczeć. Ja rozumiem, że boli, ale nawet pani doktor stwierdziła, że musimy mieć anielską cierpliwość skoro ją wytrzymujemy. W zasadzie to nei wiadomo co temu dziecku jest. Gardło ją boli , domaga się tabletek, syropów czegokolwiek na to gardło, do tego stopnia, że podczas badania serce waliło jej jak oszalałe i puls też miała szalony. Pani doktor trochę się przeraziła.JEdnak po zaordynowaniu dziecku magiczny i bardzo mocnych tabletek na gardło w postaci wit. C dziecko wyraźnie się uspokoiło i serce też. Mamy zagwozdkę, na ile jej jęki i boleści obrazują faktyczną chorobę, a na ile to tylko pozory wie tylko ona. Fakt jest faktem , że zdrowa nie jest. Dostała kolejną porcję leków i jeśli do jutra rana nie będzie widoczna poprawa to mamy jechać do szpitala.
Problem jest taki, że Weronika jest uparta jak osioł. OD niedzieli nic nie je i narzeka że ją brzuch boli. Ale jak ma nie boleć skoro poimy ja syropami na pusty żołądek?? Nic do niej nie przemawia, ani prośba ani groźba. Przez te cztery dni udało mi się w nią wmusić dwa okruchy bułki ( nawet wróbel by się tym nie najadł) oraz trzy łyżki rosołu. Nawet nutelli nie ruszy. Dziś pani doktor nakazała jej na recepcie, że ma jeść, to podobno zjadła ćwiartkę bułki. No i ta jej lekomania. I wszystko musi być fabryczne, nic własnej produkcji.
Koszmar. Póki jest z ojecm rano to on się męczy, jak wracam do domu to ja muszę się z nią męczyć. I rzucam wszystko żeby zalec na łóżu boleści razem z dzieckiem. Daję wodę do picia po kropelce, latam z syropami w symbolicznych ilościach , noszę do kibelka na rękach bo nogi ją bolą, wymieniam brudne gatki, podcieram tyłek, sypię magicznym proszkiem na ból tyłka, masuję bolący brzuch, wciskam jedzenie. A ona jęczy. Jedynie napojona wieczorem nurofenem i dipherganem zasypia i śpi spokojnie do 3.30 rano. A potem już tylko jęczy. Nawet tatuś nie jest tak jęczący w chorobie jak ona. Czasem to aż mnie kusi, żeby wyjść z domu i zostawić ją tam taką jęczącą.
14:23, lacktris
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 listopada 2009
Poniedziałkowa wizyta u lekarza rodzinnego skończyła się wizytą na izbie przyjęć oddziału dziecięcego z podejrzeniem zapalenia zatok. Ja oczywiście miałam czarne wizje, że dziecko zostanie na nos w szpitalu ale nic nie dałam po sobie poznać, bo młoda była wystarczająco przerażona. W szpitalu pani doktor dokonała oględzin młodzieży i stwierdziła że to zwykła wirusówka, że normalne jak chodzi do przedszkola pierwszy raz, że świat jest zły,że rodzic nie może zostać z dzieckiem aż cała choroba minie i nie trzeba będzie puszczać do placówki dziecka z katarami kaszlami i innym temperaturami, bo nie ma co z tym dzieckiem zrobić. Kuracja uzdrawiająca jest taka, że ma siedzieć w domu i samo przejdzie. No trochę jej tam do nosa napsikać wodą morską to można, temperaturę to też można syropem zbić.
Młoda leży więc na łożu i jęczy. A jak wiadomo, jest lekomanką to co i rusz woła o syrop. Jednak magicznego syropu na ból brzucha jakoś przyjąć nie chciała. Ona to ma chyba jakiś radar który wyczuł, że tego syropu nie zrobiła fabryka tylko matka w kuchni spreparowała. Podobnie rzecz się miała z syropem na gardło wprost z butelki z syropem malinowym. Już wolała cierpieć bóle gardła, brzucha, tyłka i wszystkich innych części ciała niż wypić taki niefabryczny syrop.
Sama już nie wiem co temu dziecku jest. Początkowo myślałam, że ta lekarka w szpitalu się nie zna, bo przecież dziecko ma gil do pasa, którego nie wysmrakuje, bo nie umie i nauczyć się nie chce. NIe pomagają groźby, prośby, próby przekupstwa, szantażu. Nie smarka i już. Więc gil gromadzi sie w głowie. Ale napryskawszy jej szczodrze tej soli morskiej do nosa, spędziwszy z nią upojne 5 minut pod kocykiem z miską gorącego roztworu soli bocheńskiej ( no wszystko to miało podobno wydzielić gile ) nic z nosa nie wyleciało. No dobra, coś tam wyleciało, ale cięzko powiedzieć czy to przezroczyste gile ( to i tak byłby postęp w porównaniu z wczesniejszym kolorytem) czy się spociła, obśliniła czy co to było. Spod kocyka uciekła po 5 minutach, a i tak te chwile wytrwała przytrzymywana siłą. Za to ja po takiej małej inhalacji czułam się rewelacyjnie. Poszłam spać nie doczekawszy M ja miłość :-) ale dziś muszę sie wziąć w garść Dr. House czeka. Może on będzie miał sposób na choróbsko Weroniki?
Wydaje mi się ( i mam na dowody, że nie tylko mi się wydaje) że Weronika to troche udaje. No jest chora, nie da się ukryć, ale nie jest to aż tak ciężka i obłożna choroba jak można by sądzić po pozorach. Gdy młoda ogląda bajkę to jakoś nic jej nie boli nie jęknie ani razu ( chyba że płyta DVD się zatnie) o kaszlu i gilach można wtedy zapomnieć.
W sobotę zaczęłam gruntownie sprzątać kuchnię. Szło mi słabo, bo poszłyśmy na ten spacer do centrum handlowego. W niedziele niby miałam skończyć, ale młoda dała nam czadu. Została mi jedna szafka i lodówka. Jakoś nie mogę sie zabrać, a dobrze by było skończyc do weekendu, bo mam ambitny plan zrobić uszka, pierogi oraz zagnieść ciasto na pierniki. CO prawda na te pierniki to troche za późno, ale myślę, że jak poleżakuje 3 tygodnie zamiast 5 to też nic sie nie stanie.
13:04, lacktris
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Jestem załamana
Jestem załamana. Weronika znowu chora. A na dodatek na dźwięk słowa maaammmooo staję się agresywna. Wczoraj młoda cały dzień przeleżała w łóżku. Nic nie jadła i to bardziej niż zwykle, sprawa jest poważna bo nie chciała nawet nutelli !!!! cukierków, gumiaczków, mentosów, tictaków i innych przysmaków. Co gorsza spała w ciągu dnia 4 razy i wciąż była zmęczona. O standardowych kaszlach i gilach nie ma co wspominać. Bolało ją wszystko , chyba tylko włosy nie. Te dwa kęsy chleba co niby zjadła to zaraz zwymiotowała. Dobrze żę chociaż coś piła. No i ciut temperatury miał, tak 37,5. Ale ileż można żyć na nurofenie??? Idziemy dziś znów do lekarza ( niedługo będę na korytarzu miała tam osobiste, podpisane krzesło). Aż się boję co się okaże.
Zanim nastapiła niedzielna katastrofa w sobotę poszłyśmy na spacer, żeby tatuś mógł spokojnie odchorować piątkowe spotkanko z kolegą. Zapytałam dziecko gdzie chce iść na spacerek, do parku może, do lasu, na plac zabaw. Nic z tych rzeczy. Weronika zapragnęła iść na spacer do centrum handlowego. I tych właśnie słów użyła. Nie do sklepu, czy konkretnej nazwy sklepu, ale właśnie do centrum handlowego. Ciekawe skąd jej sie to wzięło, przecież nikt z nas nie mówi że idziemy do centrum handlowego, tylko idziemy do Galaxowa, do Kerfura, Tesco, Oszona czy gdzie tam, a tu takie coś. Tak więc poszłyśmy do centrum handlowego , na terenie którego jest plac zabaw ogólnie dostępny. Młoda trochę się pobawiła, a potem stwierdziła że czas zrobić zakupy, bo ona chce mi pomóc. Weszłyśmy na sklep a tam już święta, bombki, lampki, choinki cuda na kiju no i zabawki. Pół sklepu to zabawki. Dziecko znalazło sie w ekstazie, nie było rzeczy której by nie chciała, nawet grzechotki dla dzidziusiów znalazły uznanie w jej oczach ( to chyba na poczet przyszłej hipotetycznej siostry). W związku z czym Mikołaj wciąż nie wie co dziecku przynieść pod choinkę.Ze sklepu wyszłyśmy zaopatrzone w kolejną barbiową talię kart do piotrusia, oraz zwierzątko my littlest pet shop czy jakoś tak. ( chociaz wg mnie cieżko to coś nazwać zwierzątkiem w dodatku ptaszkiem - tak przynajmniej było napisane na kartonie 30 razy wiekszym niż zwierzątko)
Weronika na ten spacer po centrum handlowym zabrała swoją pluszową myszkę, jednak w szale pakowania do wózka ręczników kuchennych i innych zakupów zupełnie o niej zapomniała. Dzierżąc w ręku karty i petshopa ( żebym przypadkiem na półkę gdzies nie odłożyła) nie zauważyła że myszki z nami nie ma ( no dobrze ja też nie zauważyłam). Po tych ciężkich zakupach dziecko zrobiło się głodne!!!! i zapragnęło zjeść kurczaka w KFC. W centrum handlowym nie było tej wspaniałej restauracji, więc odjechałyśmy w siną dal. Po drodze do domu jest jedna restauracja ,ale miejsca na parkingu nie było ( w środku przy stoliku też nie). Mała terorystka stwierdziła że ona koniecznie musi zjeść kurczka bo inaczej umrze z głodu. W drodze do kolejnego KFC przypomniała sobie o myszce. Musiałyśmy wracać przez pół miasta, z duszą na ramieniu czy znajdziemy zgubę. Na szczęście myszka spokojnie siedziała wśród papierów toaletowych i czekała na Weronikę. 
13:01, lacktris
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 listopada 2009
Po prawie trzech tygodniach chorowania dziecko poszło wczoraj do przedszkola. Co prawda ani Weronika ani ja nie jesteśmy tak do końca zdrowe, ale nie da rady siedzieć dłużej w domu.
Po pierwsze ja już nie daję rady. Przez dwa tygodnie najpierw ja byłam chora a dziecko było prawie zdrowe, więc skakała po mnie , wieszała się, oblepiała mnie i jęczała. Koszmar. A potem obie byłyśmy chore. I to był jeszcze większy koszmar. Poza zestawem z tygodnia jak była zdrowa, dołączył jeszcze zestaw "wszystko mnie boli" Nawet włosy i paznokcie ją bolały. Ciekawe tylko, że gdy przychodził moment konsumpcji nutelli , albo grania w gierki to jakoś boleści nie były tak dokuczliwe.
Przez dwa tygodnie niepedagogicznie dziecko grało w gierki na komputerze. Pocieszające jest to, że w końcu grała sama,a nie tylko przyglądała się jak ja gram w gierki dla trzy latków. Samodzielne obsługiwanie komputera nie przeszkadzało jej wcale, żeby co chwilę pytać się co ona ma zrobić z kucykiem którego aktualnie hodowała. Co ciekawe miała jakąś straszną awersję do kąpania swojego pupilka, nawet gdy wokół niego latały już wirtualne muchy. Najgorsze w tym jej graniu jest to, że teraz dziecko umie samo sobie wszystko włączyć, z mojej strony wymaga się tylko, żeby wcisnąć guzik w komputerze. Gdy komp się odpali, dziecko obsługuje go samo.
Naturalnie oprócz grania w gierki ( no miałam jej już serdecznie dosyć, zwłaszcza że ja też byłam chora i też chciałam chwilę odpocząć) czas upływał na lepieniu figurek z masy solnej, robieniu kwiatów z bibuły - ja robiłam kwiaty a Weronika flagi. Szkoda tylko że jej flagi nie były w kolorach narodowych bo można by je było wywiesić za okno. A no  i grałyśmy w karty, w wojnę na zmianę z piotrusiem. Nie wygrałam ani razu, no bo jak wygrać jak dziecko w wojnie z miejsca rekwiruje wszystkie jokery?
Nawet w najbardziej łaskawej pracy dwa tygodnie zwolnienia to dużo, trzeci tydzień na grypę to już przegięcie, w związku z czym w poniedziałek ja poszłam do pracy , a młoda została z tatusiem w domu. Trzeba by to wyryć złotymi literami nad wejściem do chałupy ( zaraz obok daty kiedy to tatuś odniósł brudny talerz do kuchni, kolejny wpis będzie miał miejsce gdy odniesie brudne skarpety do kosza na brudy). Myślałam, że poczuje jak to jest siedzieć z marudnym dzieckiem cały dzień w domu, ale upiekło mu się, bo Weronika jak obraziła się koło 10 rano, tak cały czas przesiedziała obrażona u siebie w pokoju i z ojcem nie gadała. Scenariusz wtorku przebiegł w podobny sposób, tylko obraziła się już od samego rana.
W poniedziałek czeka nas kolejna wizyta w przychodni ( chyba tam zamieszkamy) ponieważ z badania krwi wyszedł jednak jakiś stan zapalny. Tak często ostatnio chodzimy do lekarza, że pani doktor skończył się asortyment naklejkowy i naklejki się powtarzają. Tragedia to wielka.
Przeglądam sobie dziś allegro w poszukiwaniu prezentów. Ech, za moich czasów to nie było takich cudów. Znalazłam telefony hello kitty. Weronika jeszcze ciut za mała, ale co to za cudo jest. Wszystko różowe i w kształcie kotka, nawet kabelki USB i ładowarka są różowe. Aż szkoda, że jestem za stara żeby paradować z takim czymś. Weronika czekając na bajkę o 19 ogląda reklamy ( ona w ogóle lubi oglądać reklamy) i zasadniczo wszystko co tam dla dzieci reklamują to chicałaby mieć. Co ciekawe gdy powiedziałam jej żeby napisała list do Mikołaja to może jej przyniesie to oprócz tego, że nie umie pisać, to zakomunikowała mi, że Mikołaj tych rzeczy nie przyniesie, bo można je kupić w sklepie. Hmm i co ten biedny Mikołaj zrobi, skoro wszystko można kupić w sklepie???
Założyłam sobie nowe konto bankowe. Poniekąd zostałam zmuszona przez moją firmę ( nikt mi co prawda pistoletu do głowy nie przystawiał), czyli mam konto w tym samym banku _ ING - po to, żeby teoretycznie mieć wypłatę na koncie od razu( oczywiście dla przelewu na konto w ING). Wcześniej wypłata która nie została wysłana do 8 rano potrafiła iść i dwa dni. Powiem, że jestem jednak rozczarowana. Pieniądze wcale nie są od razu tylko normalnie przy najbliżej sesji wchodzącej ( oczywiście na stronie nigdzie nie ma informacji kiedy takowe sesje są). Dodatkowo nie podoba mi się, że gdy już zaloguję się na swoje konto, to w zasadzie mogę robić przelewy gdzie mi się podoba i nie potrzebuję hasła. Nie wiem czy to kwestia, że do jakiejś kwoty przelew nie wymaga hasła, czy tak jest przy każdym przelewie. Chociaż uważam, że dla zwykłego prywatnego konta przelew w kwocie 400 zł to juz całkiem spory przelew. Jednak mBank jest lepszy, przynajmniej dla mnie. Jeżeli robię przelew na konto w mbanku to jest pieniądze są od razu na koncie na które przelewałam i to niezależnie czy jest świątek, piątek, niedziela, wigilia, świeto zmarłych czy imieniny pani Bożenki. A okzauje się że w ING na przelew wykonany z ING do ING w dniu 11 listopada o godzinie 3 nad ranem, musiałam czekać do 12 listopada do 8 rano. Lipa straszliwa. Oprócz tego w mbanku każdy przelew trzeba potwierdzić hasłem, nawet ten na 1 grosz. ( wyjątkiem są przelewy wzorcowe czy tam zdefiniowane, gdzie mogę sobie zaznaczyć opcję, żeby ich nie potwierdzać hasłem) , czyli nawet jak ktoś mi się włamie na konto to mi przelewu nie zrobi, no dobra co najwyzej zapłaci za prąd, lub gaz.  O banku PEKAO S.A. nawet nie wspominam, bo tam za sam fakt, że obracają moją skromną co prawda wypłatą każą sobie jeszcze płacić 11,50 co miesiąc. Ciekawe za co? chyba za te papierowe wyciągi z konta, które nikomu nie są do niczego potrzebne.
11:37, lacktris
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Jestem wyrodną matką. Wygnałam dziecko na całą sobotę i niedzielę z domu. Oznacza to, że młoda spała u babci. I z tej okazji udało mi się w końcu pomalować paznokcie. Zrobiłam sobie frencz. Jednak wyszłam z wprawy i zawodowe malarki paznokci były by oburzone poziomem jego wykonania. Ale jak dla mnie może być
Poza tym po raz kolejny okazało się, że zestarzałam się. Przy okazji oddawania dziecka babci, pojechałam z babcią, jej sąsiadką i młodzieżą do hurtowni odzieżowej. Co tu dużo kryć jest to hurtownia z ciuchami dla starych bab, w której, jak dotąd,  nigdy nic mi się nie podobało i nie było moich rozmiarów. No to że rozmiarem "dorosłam" do tej hurtowni to jest klęska, ale co gorsza znalazłam tam całkiem sporo ciuchów które mi się podobają, ba! które uważam za szalenie młodzieżowe!!! No dobra zasadnicza większość wciąż jest dla starych bab, ale są też i ciuchy dla mnie.
Weronika dostała od babci kolorowankę oraz magiczne pędzle. Taka jest wersja dla dziecka, prawda jest taka, że farba jest na kolorowance i kolor można wywołać jakimkolwiek pędzlem zamoczonym w wodzie. Wracając do domu młoda oczywiście zapomniała tych swoich "magicznych" pędzli. Zauważyła to jednak dopiero po powrocie do domu i wpadła w histerię. Gdyby tak się nie wściekała to pewnie wróciłabym po te pędzle, ale przy takich objawach histerii to sorry ,ale nigdzie się nie ruszam. W końcu skapitulowała, a ja jej dałam inny pędzel którym dokończyła kolorowankę. A potem teletubisie wygrały konkurencję z Małą Syrenką, czyli Weronika wolała grać na komputerze w gierkę z teletubisiami ( wreszcie jest gierka w którą nie trzeba grać razem z nią) niż oglądać bajkę w tv. Gierka teletubisiowa wygrała z gierką Hannah Montana, która ostatnio była wielkim hitem.
Weronika wielka wielbicielka Hanny Montany, ale tylko jeśli chodzi o gierki i gadżety, filmu który leci w sobotnie poranki nie ogląda bo jej się nie podoba. Nie przeszkadzało jej to wcale, żeby spróbować naciągnąć babcię na film dvd z Haną Montaną. Jednak miłość do Barbie wygrała i teraz mamy kolejną barbiową bajkę do kolekcji. Nowa bajka ma część scen z efektem 3D, które trzeba oglądać w okularach, ale młodzież jakoś nie może się przekonać do takiego sposobu oglądania.
08:54, lacktris
Link Komentarze (1) »
środa, 21 października 2009
Fizjologicznie
Rozpoczęliśmy etap kucyków. Kubuś Puchatek odszedł w zapomnienie ( i co teraz? chyba trzeba będzie dziecku remont pokoju znowu zrobić, albo chociaż bordera z Kubusiem wymienić na kucyki). Kucyki stały się modne za sprawą przedszkola. Od samego początku wpadł jej w oko wielki fioletowy Kucyk Pony , zdaje się że ten fioletowy to Kołysanka. Dziecię zapragnęło mieć takiego samego. I od dwóch miesięcy molestuje. W końcu uległam, i przy okazji zakupów odzieżowych w Tesco nabyłyśmy zestaw jedne duży biały kucyk zaprzężony w karetę na której stoją dwa małe kucyki różowy i fioletowy. Jednak to nie wystarczyło. Dziecię zapoznane ze stosowną kucykową literaturą zapragnęło mieć więcej kucyków, zwłaszcza że zestaw z karetą wylądował w łazience jako zabawka kąpielowa. W sobotę Weronika naciągnęła babcię na kucyka Malinkę z wymiennymi włosami tfu tzn grzywą. Są trzy wersje grzywy - jedna plastikowe murzyńskie warkoczyki ( nawiasem mówiąc ulubiony fryz młodej dla kucyka), druga- długaśne dwie kity i trzecia- trochę krótsze dwie kity. Malinka jest różowa. Przy okazji Weronika wyciągnęła ze swoich przepastnych zabawkarskich zasobów różowego pegaza inwalidę ( brak skrzydeł, zostały tylko dziury w tułowi po nich), który aktualnie robi za dorosłą Malinkę. Obie Malinki również namiętnie lubią kąpiele z Weroniką, ale na nocują na kaloryferze, muszą wysuszyć grzywy przed wizytą w przedszkolu.
I wczoraj diabeł mnie podkusił, bo sama z własnej woli postanowiłam zrobić dziecku kucykową niespodziankę - kolejna Malinkę.Tym razem z włosami na stałe, za to we włosy wpleciona srebrna nić ( bynajmniej nie siwizna ). Pierwsze co należało zrobić z kolejną Malinką, to wykąpać ją, bo przecież dziewczyna w tym pudełku w sklepie strasznie się ubrudziła. Kąpiel nastąpila przed tańcami. Ma to też dobre strony, bo przynajmniej młoda nie zasnęła i na tańce poszła. To jej spanie to prawdziwy problem. Nie śpi w przedszkolu, a potem jest padnięta. W poniedziałek zasneła w samochodzie w drodze do domu i z małą przerwą na przetransportowanie swoich czterech liter do łóżka ( własnego CUD!!) spała do 19.
Wczoraj zapytała  mnie czy dziś też dostanie niespodziankę. Jakoś nie przyjeła do wiadomości, że tak codziennie to żadna niespodzianka.
Inną ciekawą rzeczą jest zamiłowanie Weroniki do informowania całego świata o potrzebach fizjologicznych. Gdy Młoda chce się udać do toalety w celach fizjologicznych wrzeszczy na cały głos
maaaammmmooo siku/kupa i czeka. Nie wiem na co, może liczy żę ja za nią się wysiusiam?? Nie pomaga - to idź do łazienki i zrób. Trzeba iść z nią i asystować w podstawianiu stołka pod kibelek. A  potem trzeba wyjść, bo jak ona korzysta to jest czynność intymna i nie należy przeszkadzać, ale jak jak korzystam to jej asysta jest wręcz niezbędna do prawidłowego wykonania przez mnie czynności fizjologicznej. Weronika przy robieniu siku nie korzysta juz z nakładki na kibelek tylko robi normalnie jak dorosły człowiek. JEżeli udaje się na grubsze posiedznie to wtedy owszem ,podkładka, gazetka i te sprawy. Zwykle więc kupę młoda robi oddając się przy okazji lekturze. Ulubiona ostatnio pozycją jest książka Załóż ogród w 30 minut czy coś w tym guście. PO skończonej lekturze i kupie następuje kolejny wrzask - maaaammmooo już- czyli choć i wytrzyj mi tyłek. 
Moje dbanie o siebie pobija rekord. Jeszcze nigdy nie udało mi sie tak długo regularnie smarować się kremem. No dobra zdarzają mi się dni, że nie posmaruje twarzy kremem, bo zapomnę, albo nie mam już siły, ale generalnie jest dobrze. Ba! zużyłam już 1/3 pudełka z kermem.
Na tańcach wczoraj pojawiła się jeden tatuś . ( nie nasz niestety, chociaż jest najprzystojniejszy ze wszystkich tatusiów) Przyszedł ubrany w taką fajną pseudo lotniczą amerykańską kurtkę ( coś jak TomCruise w Top Gun) i wyglądał całkiem fajnie, taki niegrzeczny chłopak, ale najładniejsze było w nim to, że z mamusią swojego dziecka na powitanie pocałowali się tak czule i jak na nią z miłością patrzył.
11:49, lacktris
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42