RSS
poniedziałek, 08 marca 2010
seriale
Tak, jestem wielbicielką seriali. Nie tylko telewizyjnych. Bardzo lubię również seriale książkowe. Przywiązuję się do bohaterów i zawsze jest mi żal że to już koniec. Serial sprawia, że przyjemność obcowania z bohaterem jest dłuższa.
Nie da się ukryć, że TVN robi całkiem fajne seriale. I najlepsze w tym sezonie jest to, że póki co można je oglądać całkiem za darmo w internecie ( no przynajmniej te dwa falgowe ). Poza tak oczywistą rzeczą, że przerwa na reklamy jest bardzo króciutka, to jeszcze mogę sobie obejrzeć odcinek w dowolnym momencie, a nie w sobotę o 20 gdy zwykle nie mam czasu , nie mówiąc już o tym, że akurat TVN to słabo na moim telewizorze odbiera :-) Z kolei wtorkowy wieczór to już dla mnie za późno, tzn może gdybym się uparła to bym dała radę obejrzeć, ale zwykle właśnie o tej porze to przysypiam z Młodą w łóżku. A tak jestem z oglądaniem do przodu i już nie mogę się doczekać nowych odcinków.
Chyba jednak bardziej podoba mi się serial Usta Usta, ale to pewnie dlatego, że opisuje bardziej mój świat, czyli żona, matka, itd itp . Szalone dziewice są owszem całkiem fajne, ale jakoś nie szczególnie przypadły mi do gustu. Ale to pewnie dlatego, że taka klika czterech przyjaciółeczek nigdy nie przypadła mi w udziale.
Wygląda na to, że będę musiała udać się ze sobą do jakiegoś psychologa, pedagoga, czy innego goga. Na tyle jestem świadomym rodzicem, że zdaję sobie sprawę, że to nie dziecko jest winne temu że zachowuje się jak się zachowuje tylko rodzice. Otóż Weronika w weekend przeszła samą siebie. Jej obrażalstwo i napady wściekłości stają trudne do zniesienia. W sobotę poszłyśmy na poszukiwanie butów wiosennych dla dziecka, oraz na defraudację prezentu na Dzień Kobiet od firmy ( miałam sobie kupić sukienkę, bieliznę tudzież inny ekskluzywny i deficytowy element garderoby ale nie buty). Na wieść o wizycie w sklepie Weronika zażyczyła sobie od razu loda i gazetkę. Już na początku zastrzegłam że najpierw idziemy obejrzeć buty, ciuchy  a dopiero potem lody i gazeta. I było super. Żadnych awantur, owszem co jakiś czas przypominała o lodzie ale się nie awanturowała.Kupiłyśmy buty, jakiegoś ciucha dostała loda, gazetę i balona hello kitty jako bonus :-)  Gdy weszłyśmy do hipermarketu jakiś diabeł w nią wstąpił. Wymyśliła że chce pet shop'a. No to poszłyśmy oglądać, ale akurat nie było pojedynczych zwierzątek tylko same zestawy. Miała wybrać jakiś mały , ale nic jej się nie podobało. No to może lalka ( zaznaczyłam że może to być taka mała laleczka mini barbie) , tak wybrała sobie wielką Barbie o cenie to nawet nie wspominam. Na hasło że nie mam tyle pieniędzy i może sobie wybrać malutką laleczkę, trochę pogrymasiła, ale w końcu coś wybrała. Nie powiem, byłam już wściekła na to marudzenie, a na dodatek złapało mnie zapalenie pęcherza, które wychodząc z domu zaledwie gdzieś w podświadomości dawało niezauważalnie o sobie znać, bym pod koniec zakupów zwijała się z bólu. Dobra, zgarnęła małą laleczkę poszłyśmy w stronę kas. A tu nagle ryk, bo ona nie chce małej laleczki tylko dużą. Znów jej tłumaczę, że nie mam pieniędzy że droga itd ale jak grochem o ścianę. W końcu tak już byłam wściekła, że powiedziałam jej że jak nie chce małej to nie ma żadnej. Odłożyłam tą lalkę gdzie bądź i poszłam z uwieszonym na nodze i wrzeszczącym dzieckiem. Do kasy dotarła cała czerwona, zasmarkana i obśliniona. A tu jakaś starsza pani co stanęła za nami zaczęła się wyzewnętrzniać, że pewnie dziecko chore, ma temperaturę itd. ledwo się powstrzymałam żeby babki nie opieprzyć. W końcu zapłaciłyśmy i poszłyśmy. O dziwo pięć metrów za kasą dziecku przeszło. Normalnie jak ręką odjął. Wesoła i radosna zagadywała mnie, pogodna.
Wieczorem poszłyśmy do babci. Byłyśmy dwie godziny i Weronika przez te dwie godziny nie odezwała się ani słowem tylko siedziała naburmuszona. Na dodatek gdy ja rozmawiałam z babcią to dziecko się awanturowało że jej bajkę przeszkadzamy oglądać. Powodem obrazy majestatu było to, że zapomniała zabrać z domu spódnicę. Na wizytę do babci wzięła swoje nowe balerinki, a zapomniała spódnicy. Wymyśliła więc że ja mam wszystko rzucać i jechać do domu po spódnicę. No nie pojechałam, ale za to miałam obrażone dziecko. Jednak gdy wyszłyśmy i wsiadłyśmy do samochodu to jak ręką odjął.
Ja wiem, że ona tym swoim zachowaniem, obrażaniem się, nieumieniem w domu jeść, ubrać się czy podciągnąć majtek to prosi o uwagę, ale ile więcej uwagi ja jej mogę dać, skoro jak tylko wracam z pracy to jestem cała dla niej?? Ona przecież nie ma rodzeństwa, nie wiem co to będzie jeśli kiedyś się trafi jakieś drugie dziecko.
12:45, lacktris
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 marca 2010
Naiwność
Dziś Weronika poszła do przedszkola. Zobaczymy na jak długo. Mamy też w planach powrót na tańce, dziś pójdziemy pierwszy raz.
Ja, w swojej naiwności myślałam, że skoro w zeszłym roku uczestniczyliśmy w rekrutacji do przedszkola, dostałyśmy się i uczęszczamy ( no słabo, ale uczęszczamy) to już mamy to z głowy do końca edukacji przedszkolnej. O jakże się myliłam. Otóż, mimo że dziecko się edukuje w placówce, to i tak co roku trzeba brać udział w rekrutacji. Może się też tak zdarzyć, że mimo uczęszczania dziecko nie dostanie się do przedszkola , są to podobno bardzo rzadkie przypadki, bo pierwszeństwo mają dzieci już uczęszczające, ale może się tak zdarzyć. To jakaś paranoja jest.
Zastanawiam się też po jakiego grzyba organizowana jest ta kampania reklamowo uświadamiająca na temat przedszkoli? Ja rozumiem że pieniądze z unii trzeba jakoś wydać, ale może zamiast produkować niepotrzebne spoty reklamowe wybudować chociaż jedno nowe przedszkole w Polsce. Przecież większość rodziców doskonale zdaje sobie sprawę z dobrodziejstw przedszkola. Po co ta kampania, skoro nie ma wystarczającej liczby przedszkoli? Jeszcze gdyby przedszkola świeciły pustkami to rozumiem, ale sytuacja jest raczej odwrotna.
08:22, lacktris
Link Komentarze (1) »
środa, 03 marca 2010
Kret
Śniegi stopniały ( chociaż wczoraj napadały nowe ) i oczom naszym ukazał się ogródek. Widok był przerażający. Kret wrócił. Mam pewne podejrzenia co do ulubionych krecich miejsc. Ogródek jest najbardziej zryty w okolicach naszego szamba oraz w okolicach płotu przy sąsiadach w miejscu gdzie oni po swojej stronie mają szambo. Wygląda więc na to, że kret lubi ciepłe kupki :-) O ile tej ciężkiej zimy można chłopaka zrozumieć że chciał się ogrzać, ale jak sobie teraz przypominam to w lecie też rył w tych rejonach. Nie wiem co go w upalne lato gnało w tamte strony? Tatuś znowu zaczyna obmyślać plan pozbycia się natręta. Mnie tylko zastanawia czy moje posadzone jesienią cebulki nie zostały skonsumowane ( fakt nie wiem czy krety żywią się roślinami, ale nie umniejsza to mojej obawy o los cebulek).
W sobotę posiałam sobie w skrzyneczki trochę ziół, oraz rzodkiewkę. I o dziwo rzodkiewka ruszyła jak szalona, po trzech dniach nie dość że wylazła z ziemi to ma już po dwa a nawet trzy liście. Ciekawe co wyrośnie z bazylii i ze szczypiorku.
Weronika jest obrażalska na maksa. Doszło do tego, że wczoraj obraziła się na mnie za to że ja się na nią obraziłam :-) a obraziłam się na nią bo mnie uderzyła.
08:06, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 marca 2010
Tak, to się dziecko nachodziło do przedszkola. Całe trzy dni. Jedyne pocieszenie w tym, że gilów nie przywlokła z placówki edukacyjnej tylko pożyczyła sobie od własnego ojca. Tylko co to za pocieszenie jak teraz oboje siedzą w domu? Mam nadzieję, że wkrótce na tyle ozdrowieje, że w czwartek pójdzie do przedszkola.
Bierzemy doustnie lek uodparniający. Ciekawe czy jej pomoże. Wierzę gorąco w to, że już działa, bo (odpukać) aktualny katar wciąż pozostaje tylko katarem i to nawet specjalnie nie uciążliwym. Tzn dla mnie nie uciążliwym, bo to nie ja siedzę cały dzień z pełnym energii dzieckiem.
Weronika ostatnio wymyśla nowe zabawy, np. bawimy się w królewnę śnieżkę i to JA jestem królewną, dziecko babą Jagą, a królewiczem tatuś. Oczywiście naiwnie skonsumowałam wyimaginowane zatrute jabłko i zapadłam w sen. I byłabym pewnie spała do rana, gdyby dziecko nie zmusiło księcia do działania. Mylił by się ten kto spodziewał się namiętnego pocałunku na przebudzenie, o nie , tak dobrze to nie ma. Książę jest nowoczesny i miast całować królewnę to wziął i zrobił jej masaż serca ( ze sztucznym oddychaniem, ale jakoś wcale namiętne nie było). Tak się wczuł w ten masaż, że o mało co nie złamał mi mostka. Ale trzeba przyznać że obudził królewnę bardzo skutecznie :-)
Weekend minął bardzo spokojnie, leniwie i chorobowo. W związku z tym zrealizowałam w końcu pewien zamiar który odkładałam na potem już od kilku lat. A mianowicie wyciągnęłam maszynę do szycia i uszyłam sobie spódnicę. Jest to moje pierwsze dzieło. ( skracanie spodni i łatanie dziur się nie liczy) krawieckie. Zabierałam się za krawiectwo od bardzo dawna, ale zawsze coś stawało mi na drodze, a to brak materiału, nici, maszyny czasu itp itd. W końcu wydobyłam z czeluści piwnicy jakieś materiały co to różne babcie mi nadawały i postanowiłam poćwiczyć. Takiego materiału zdobycznego i już niemodnego to nie szkoda na wprawki. Spódnica wygląda więc jak spódnica. Problem w tym, że wyszła mi ciut za duża. Wniosek na przyszłość, trzeba kupić lepsze nożyczki, bo Weroniki nożyczkami do wycinanek ciężko się dokładnie wycina materiał. A no i zamek do spódnicy był zdobyczny - czyli wypruty ze starych portek.  W każdym razie jestem zadowolona z efektów. Następnym razem z pewnością uszyję coś co będzie na mnie dobre :-)
Przyszła odwilż i wkoło domu błoto , w pracy błoto i gdzie ja mam tu realizować moje słabości obuwnicze?? Ale nie o tym miało być. W związku z błotem mam brudny samochód. Tzn. samochód miałam brudny jeszcze przed śniegami, ale teraz to już jest straszliwie brudny. Żeby już nie brudzić tak szybko spodni postanowiłam go w końcu umyć. W tym celu udałam się w sobotę do myjni. Ale nie tylko ja wpadłam na ten pomysł. Objechałam kilka myjni ale wszędzie były kolejki, dlatego też samochód wciąż jest brudny. Za to mam mocne postanowienie dziś po pracy trochę go jednak umyć.
Mam też mały problem. Teoretycznie 11 marca idziemy z Weroniką do przychodni gastrologicznej. Teoretycznie powinnam mieć wynik kontrolnego badania na posiew kału. Teoretycznie to mam nawet skierowanie na to badanie. Tylko jak ja mam to zrobić skoro laboratorium jest czynne od 8 do 10 rano, a Weronika produkuje materiał do badań o 19???? Materiał do badań ma być świeży. Gdybym miała skierowanie ze szpitala to nawet o północy mogłabym pojechać i zawieźć materiał do badań,a tak guzik. W sumie to do końca tygodnia powinnam się zdecydować co zrobić, żeby mieć wyniki badań na wizytę w przychodni. Wyjdzie więc pewnie na to że trzeba będzie zapłacić za badania.
12:50, lacktris
Link Komentarze (3) »
środa, 24 lutego 2010
"Pójście w gości" vs opieka nad dzieckiem
Czym różni się "pójście w gości" czyli wizyta towarzyska od całodziennej opieki nad dzieckiem przez babcię???
Ano tym, że całodzienna opieka nad dzieckiem przez babcię jest bez wyżywienia!!!!! Natomiast wizyta towarzyska opiewa całodzienne wyżywienie , a przynajmniej śniadanie i obiad. W ekstremalnych wypadkach konsumpcja ciastek i czekoladek też podchodzi pod wizytę towarzyską.
Takie są definicje wg Weroniki.
W związku z powyższym niedzielne dwugodzinne przebywanie u jednej babci było opieką nad dzieckiem, a u drugiej babci było wizytą ( konsumpcja ciastek i czekoladek). Picie herbaty to nie jest wyżywienie !!!
Weronika dziś poszła do przedszkola. Co prawda trochę kombinowała, żeby nie iść bo przecież tata jest chory i siedzi w domu, ale w końcu poszła. Owszem tata jest chory, ale wystarczy że siedziała z tym właśnie chorym tatą przez dwa dni i znowu jakiś mały gil jej się lęgnie. To niech już idzie do przedszkola i złapie jakiegoś porządnego przedszkolnego gila. Dostałyśmy od pani doktor Broncho- Vaxum. Niby ma wzmocnić odporność. Niby na forach przeważają pozytywne opinie co do jego skuteczności. Zobaczymy co wyjdzie. Dawka na 3 miesiące. Ciekawe czemu nie można było dać tego wcześniej a nie teraz. Co mi po jej odporności w wakacje? Ciekawe też na ile czasu ta odporność się wzmocni, ale pewnie we wrześniu trzeba będzie powtórzyć kurację.
Luty jak dotąd jest najgorszym miesiącem jeśli chodzi o wydatki w aptece. Zostawiałam tam prawie 500 zł. A tak się wcześniej dziwiłam skąd te dziewczyny na forum biorą takie astronomiczne kwoty apteczne. No to już wiem skąd. Wystarczy, że każdy z członków rodziny sobie pochoruje. I tak dobrze że tata dostał te same leki co ja, to przynajmniej wydałam trochę mniej.
W końcu po roku mieszkania w obecnym miejscu dorobiłam się rolet w "salonie". Kupiłam zwykłe zawieszane na haczykach na ramę okienną. Oczywiście jako "Zosia samosia" musiałam je sama zamontować. O połamaniu mechanizmu z łańcuszkiem nie będę tu wspominać bo i po co. Co prawda tatuś pytał się czy ma mi pomóc ale ja się uparłam. Największym i jak dotąd nierozwiązanym problemem jest samo okno. W całym domu są normalne plastikowe okna o szerokim skrzydle, tak że zaczep na ramę pasuje idealnie. Natomiast w salonie pan budowniczy wstawił aluminiowe okno o dużo węższym skrzydle i ten zaczep od rolet jest po prostu za szeroki. Wszystko jest fajnie jak okno otwarte, wtedy zaczep elegancko taśmą klejącą dwustronną przykleja się do ramy, ale jak zamknę okno to automatycznie zbyt szeroki haczyk powoduje odklejenie się zaczepu. I tak sobie wiszą na słowo honoru te rolety. Trzeba je będzie normalnie przykleić do ramy i tyle.
Wczoraj odbierałam też regał do Weroniki pokoju. Nawet sama go przywiozłam do domu. ( ależ dużo rzeczy można przewieźć tym VW polo, bardzo pakowny samochód i przeprowadzić się można i meble przewieźć ) Ciekawe że nawet nie musiałam prosić panów w magazynie z meblami żeby mi zapakowali do auta ( no dobra zrobiłam minę biednego dziewczątka, które na pewno samo sobie nie poradzi , ale nic nie mówiłam ) natomiast tatuś zawsze narzeka, że panowie nigdy nie chcą mu pomagać w załadunku :-) mam nadzieję, że teraz dziecko będzie miało większy porządek w pokoju niż dotychczas , o ile tatuś złoży ten regał do kupy.
W piątek w Szczecinie otwarto sklep pewnej firmy odzieżowej. ( no i nie będzie można już szpanować po mieście papierową torebką z tego sklepu :-D) i nie jest to C&A którego dalej nie ma. Jak nigdy nie latam na otwarcia różnych przybytków handlowych tak tym razem poleciałam i co gorsza poleciałam z dzieckiem. No skusiłam się, że być może z okazji otwarcia jakieś promocje obniżki cen czy coś na zachętę, ale ten sklep był chyba tak wyczekany, że nie musiał niczym zachęcać do odwiedzić, wystarczy że w końcu jest. Tłumy były nieprzebrane. Kolejka do przymierzalni straszliwa. Tak więc założenie że w końcu kupię coś dla siebie okazało się błędem, bo ani nie chciało mi się przepychać między wieszakami wraz z tłumem innych kobiet, ani tym bardziej stać w kilometrowej kolejce do przymierzalni. Niestety zupełnie niechcący przechodziłyśmy koło działu dziecięcego i mimo, że zasłaniałam Weronice widoki swym niemałym ciałem to i tak musiała no po prostu  musiała tam wleźć. Nie da się ukryć że prawdziwa kobieta z niej ( w przeciwieństwie do mnie). Co gorsza na dziale dziecięcym mi podobało się wszystko, absolutnie wszystko dla dziewczynek w wieku Młodej. Ale gdy dostrzegłam stolik z ciuchami i gadżetami ostatniej fascynacji Weroniki to czym prędzej starałam się ją wyprowadzić ze sklepu, ale się nie udało. Dziecko wzrok ma bystry, a że ciuszki świeciły się jak nie powiem co to młoda przykleiła się do stolika i nie chciała go opuścić bez małego zestawu. Po długich negocjacjach i wybraniu najtańszych wersji Weronika zaniosła do kasy fioletową koszulkę, zestaw trzech par majtek i dwóch par skarpetek w wersjach biało różowo fioletowych z mniej lub bardziej błyszczącym logiem HELLO KITTY. Sama podała pani kasjerce ciuchy ( żebym przypadkiem nie odłożyła czegoś jak ona nie będzie widziała i kontrolowała sytuacji ) i odebrała od niej papierową torebkę z zakupami. Nie pozostało mi nic innego jak tylko zapłacić. Nie muszę chyba dodawać, że nie może się rozstać z koszulką i mimo, że widać już na niej wiele posiłków które Weronika zjadła od piątku, to ubranie wciąż nie nadaje się do prania. I jak zwykle z wyprawy do sklepu w celu nabycia czegoś dla siebie wyładowana zakupami wraca Weronika.
Przy okazji tak lubianego przeze mnie prasowania obejrzałam sobie Rewers. Przyznam się, że byłam negatywnie nastawiona do tego filmu. Raz że jakoś nie przepadam za Agatą Buzek, to jeszcze czarno biały. Ale miło się rozczarowałam. Film opowiada bardzo fajną historię. Pokazuje ustrój oraz Polskę wczesnych lat pięćdziesiątych. Muszę teraz obejrzeć ten film na spokojnie a nie jednym okiem prasując.
09:33, lacktris
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 lutego 2010
zaległe zdjęcia

Po wizycie u lekarza okazało się, że mam zapalnie oskrzeli. Wszystkie rozważania na temat tego czy brać zwolnienie czy nie stały się bezzasadne. Pani doktor powiedziała, że jak nie chcę mieć zapalenia płuc, to mam się nie wygłupiać i iść na zwolnienie.

Przy okazji udało mi się w końcu zabrać za zaległe zdjęcia tortów. Jako pierwszy jest tort z soboty. Jest to pierwszy tort jaki upiekłam i wg mnie wyszedł mi najlepiej.

Następny jest niedzielny tort z lalką Barbie w jadalnej sukience.

Na koniec tort tatusia w kształcie znaczka Mistubishi. Tort ma jedną wadę, nie trzyba autentycznych kolorów. Problemem było znalezienie barwników spożywczych. Fakt, że bardzo późno wpadłam na tortowe pomysły, ( na zakup w necie o wiele za późno) objechałam cały Szczecin i nigdzie nie było barwników. Musiałam więc kombinować metodami chałupniczymi. O ile kolor różowy do kiecki był łatwy do osiągnięcia, o tyle zamiast czerwonego wyszedł pomarańczowy. Ale w smaku wszystko było super.

17:16, lacktris
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 lutego 2010
odwaga
Jesteśmy chore. Dziś nie spałam całą noc, bo mam zatkany nos, a nie umiem spać oddychając buzią. W związku z tym jestem nieprzytomna. Młodej na noc zaaplikowałam do nosa Otrivin i jakoś sapiąc i stękając przespała u siebie w łóżku większą część nocy, bo koło 3 rano zawołać mnie abym jej towarzyszyła w drodze do wc i do naszego łóżka. Swoją drogą to ciekawe czemu ona nigdy sama nie przyjdzie do naszego łóżka i się nie wpakuje, tylko najpierw mnie woła do siebie i gdy już przyjdę to oznajmia że chce spać z nami.
Co gorsza Weronika wpakowała sobie zasmarkany palec do oka, tak więc oprócz gilów w nosie mamy też zaropiałe oko. Po południu idziemy do lekarza, głównie po jakieś krople na to oko. No i może przy okazji dla świętego spokoju niech dziecko zostanie osłuchane czy tam coś w płucach ma czy nie. Mam trochę dylemat, czy brać zwolnienie czy nie. Z jednej strony gdybym posiedziała ze dwa trzy dni w domu to przynajmniej mi by przeszło, a tak będę się bujać z tym przeziębieniem do wiosny.
Koleżanka co jest w początkach ciąży stwierdziła, że ona się nie zaraża i zaprosiła nas do siebie na sobotni wieczór ( zaiste trochę to dziwne stwierdzenie, biorąc pod uwagę że ostatnie dwa tygodnie była chora). Jej mąż ( pan M) jest kolegą tatusia ze szkoły, ale Weronika uważa że to jest głównie jej kolega a nie tatusia. Było całkiem przyjemnie. No i popełniłam umówienie się z koleżanką na tzw fitness. W niedzielne południe udałyśmy się na  fitness przy dźwiękach latino. Nie powiem, mimo moich gilów, zmęczenia i choróbska było całkiem przyjemnie. Tak fajnie się zmęczyłam, że aż tryskałam energią. No i układ taneczny nie jest aż tak bardzo skomplikowany, jeszcze ze dwa trzy zajęcia i nie powinnam się już mylić i plątać. ( o ile oczywiście starczy mi zapału na konsekwentne uczęszczanie na zajęcia.
Zmartwiła mnie straszliwie jedna rzecz, sala do ćwiczeń ma jedną ścianę luster , człowiek doskonale widzi jak ćwiczy. No i okazuje się, że ja Marta mam grację słonia w składzie porcelany i gibkość kija od szczotki. Nie pociesz mnie nawet fakt, że naprawdę po latynosku to poruszała się pani prowadząca i może jeszcze ze dwie dziewczyny. Kiedyś dawno dawno temu ( w liceum jeszcze) chadzałam z koleżanką ( fanką wszystkiego co latino) na takie balety latynoskie i umiałam prawidłowo kręcić tyłkiem a teraz no niestety ten kij od szczotki bardziej seksownie się rusza niż ja. A miałam w planach zapisać się na taniec brzucha lub inny kurs tańca na rurce. to by dopiero obciach był.
Weronika w czasie gdy matka usiłowała zakręcić seksownie tyłkiem została w domu z tatusiem i panem M. Bawili się podobno świetnie. Mogliby też tak świetnie się pobawić razem gdy my z koleżanką pójdziemy do kina w tym tygodniu.
08:47, lacktris
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010
pisarka
Choróbsko niestety się rozwinęło konkretnie. Co gorsza ja też jestem chora. Wczoraj siedziałyśmy w domu, ale dziś Weronika jest u babci a ja w pracy. Jakieś to okropne jest, że człowiek nie może spokojnie posiedzieć w domu i pochorować, tylko musi kombinować co zrobić z dzieckiem i do pracy chodzić. Niby dyrektor mówi, że dziecko jest najważniejsze, ale diabli wiedzą co wymyśli. Wszyscy wiedzą, że prawdy w oczy nie powie, ale za plecami to na każdego narzeka. Taki jakiś ferment sieje.
Weronika weszła w etap pisarstwa. Znaczy się namiętnie pisze. Sama potrafi napisać mama, tata i Weronika. Resztę trzeba jej dyktować po kolei literki. Problem jest z literką K której nijak nie może się nauczyć. Natomiast litera E najczęściej ma cztery lub nawet pięć poziomych kresek. Naturalnie pisanie na komputerze idzie jej dużo lepiej. Wystarczy dyktować literki i sama wie co naciskać.Wczoraj na komputerze napisała do mnie list. Był on jednak w tak skomplikowanym języku, że jakoś nie mogłam go zupełnie odczytać. Zajmował ponad dwie strony. Dobrze że chociaż Weronika wiedziała co napisała i czytała swoją twórczość. Jeden tylko był problem, że za każdym razem jak czytała, to list miał inną wersję. Jednak póki co woli pisać ręcznie.

08:19, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
zaległości
Jakoś tak zupełnie nie mam weny twórczej, po prostu nie chce mi się nic pisać. Jestem zmęczona chorobami Weroniki, brakiem pieniędzy itd itp.
Przed samymi Świętami dostałyśmy skierowanie do szpitala z powodu bólów brzucha, oraz problemów z wypróżnianiem. Ponieważ nie było zagrożenia dostałyśmy termin wizyty w szpitalu na 15 stycznia. Przy okazji pani doktor powiedziała, żeby przejść się do laryngologa co by obejrzał gile Weroniki. Poszłyśmy więc do babci koleżanki, która poleciła prześwietlić młodą na okoliczność zapalenia zatok. Naturalnie na zdjęciu wyszło piękne zapalenie zatok szczękowych- 14 dni antybiotyku ( od października panna Weronika dostała 5 różnych antybiotyków) I teraz pytanie, jak to jest że młoda laska - pani doktor co to powinna być na bieżąco z teoriami medycznymi -  w jednym szpitalu twierdzi, że takie małe dzieci nie mają jeszcze wykształconych zatok, więc nie mogą mieć zapalenia ( tak nam powiedziała lekarka w jednym szpitalu co byłyśmy w połowie listopada) , natomiast pani laryngolog lat 80 co ma jeszcze swoją praktykę zna nowe teorie i osiągnięcia i wie, że różnie to bywa i jedne dzieci mają zatoki a inne nie ?? Ja się przecież nie mogę znać na wszystkim, w końcu po to idę do lekarza bo się nie znam na medycynie, a taki lekarz nie po to za moje pieniądze przez 6 lat się uczy żeby mi potem pierdoły opowiadać.
PO 14 dniach antybiotyku dziecko się wyleczyło z zapalenia zatok. W międzyczasie udało nam się zarejestrować i odwiedzić innego laryngologa ( i to niestety mimo, że prywatnie to i tak terminy są dosyć odległe), pani wyposażona w super sprzęty pozaglądała kamerą tu i ówdzie, głównie mi, bo Weronika się nie dała. Darła się i wiła jak piskorz ( chyba potrącę jej w przyszłości z kieszonkowego za te wizyty lekarskie na których nie daje się badać). No ale trochę pani doktor obejrzała, między innymi to, że dziecko ma bardzo suche śluzówki i w uchu zalega woszczek. Woszczek dziecko pozwoliło sobie wyjąć tylko z jednego ucha, tego w którym było go mniej. Natomiast drugie ucho zakraplałyśmy w domu przez trzy tygodnie parafiną, aby zmiękczyć to co tam siedziało, a siedziało całkiem sporo. Jak to pani wyciągała na kolejnej wizycie to aż sama się zdziwiłam gdzie jej się to wszytko pomieściło. Jedyne pocieszenie to takie, że przynajmniej uszy ma w porządku.
Wracając do szpitala. Zameldowałyśmy się w szpitalu 15 stycznia o 9 rano. Najpierw godzina oczekiwania aż ktoś zejdzie na izbę i obejrzy dziecko. Gdy już została obejrzana ( chyba przez studentki, bo potem przyszła inna pani obejrzała dziecko raz jeszcze i kazała poprawić dokumentację) poszłyśmy na oddział. Tam po kolejnej godzinie oczekiwania w świetlicy i umartwiania się czy nas zatrzymają, czy puszczą do domu na weekend ( wszak 15 styczeń to piątek był, a wiadomo, że w weekend to w szpitalach nic się nie dzieje) przyszła pani pielęgniarka z pojemnikiem na siuśki. Po kolejnej godzinie oczekiwania Weronika poszła oddać krew do badania. Po jeszcze następnej godzinie nic się nie wydarzyło. Na moje pytanie co dalej pielęgniarka odesłała mnie do lekarza, lekarz odesłał mnie do pielęgniarki po łóżko - wyglądało więc że zostaniemy w szpitalu, bo nikt w ogóle nie chciał rozmawiać o przepustkach i konieczności lub nie zostania w szpitalu. Dobrze, że do tego szpitala zawolokłyśmy też babcię, która zna panią ordynator. Po rozmowie z szefową oddziału okazało się, że w ogóle nie musimy zostawać w szpitalu, tylko mamy wziąć pojemniki na stolec, wyprodukować coś i przynieść do badania. Jak będą wyniki to zobaczymy co dalej. Oczywiście Weronika dostała syropy na produkcję stolca, które niby miały już na drugi trzeci dzień zadziałać a zadziałały po tygodniu. Na wyniki trzeba było czekać kolejne prawie dwa tygodnie  i wczoraj gdy poszłam do szpitala po wypis, okazało się, że nie wszystko jest w porządku. Mamy bakterie E.Coli. Groził nam kolejny antybiotyk na 14 dni, ale ani pani doktor ani ja nie chcemy już dawać Weronice antybiotyków więc dostała inny lek, działający miejscowo w jelicie, ale za to dużo droższy. A już na 11 marca mamy wizytę w poradni gastrologicznej, bo bóle brzucha mimo produkcji kupy nie minęły. Co ciekawe mimo, że pani doktor w szpitalu sama nas rejestrowała to ja i tak muszę załatwić sobie skierowanie do poradni od lekarza rodzinnego. Podobnie na kontrolne badanie stolca po kuracji też sobie sama muszę załatwić skierowanie albo zapłacić. Mam tylko nadzieję, że Weronika w końcu będzie zdrowa.
PO całym tygodniu chodzenia do przedszkola Weronika znów ma gil do pasa. Niby wczoraj był lekki przezroczysty katarek a dziś z rana piękny zielono żółty gil. Mam dosyć. Już nie wiem co ja mam z nią zrobić. Nie chcę żeby znowu jej w zatoki poszło i znowu mieć antybiotyk. Nawet naciągnęłyśmy dziadka na inhalator, sztachamy się solą fizjologiczną, ale to pomaga tylko na chwilę.
No a teraz trochę przyjemniej. Hitem podchoinkowym okazała się hulajnoga. Do tego stopnia spodobała się młodej, że nawet w środku nocy na siku to jedzie hulajnogą . Fascynacja trwa, Weronika wciąż jeździ. Trzeba będzie zacząć zbierać na malowanie ścian w przedpokoju tak są poobijane od kółek pojazdu.
Z kolei po urodzinach Weronika wzbogaciła się o 4 sztuki Barbie. Przyznaję się bez bicia, że jedną dostała od nas- rodziców. W tym roku postanowiłam wspiąć się na wyżyny sztuki cukierniczej i spreparować dziecku tort w kształcie sukienki dla Barbie - dlatego też jeden egzemplarz lalki był od nas. W torcie miała wystąpić nowa lalka. Jednak z uwagi na to że mróz siarczysty  nastał, to żal było wygonić dzieciaka na dwór, a praca przy torcie trochę trwała to i dziecko zobaczyło lalkę zanim ta trafiła do tortu. Jak ją zobaczyła, to nie było mowy o wsadzaniu lalki w tort, ale jubilatka łaskawie zgodziła się udostępnić starą lalkę co by posłużyła za modelkę do tortu. Tort się udał. Bardzo się udał. Pracy to kosztowało sporo , ale było warto. W ogóle tortów było więcej. Pierwszy tort w kształcie serca był na imprezę sobotnią, gdzie bawiła się młodzież do 32 roku życia. A w niedzielę, z barbiowym tortem bawiły się babcie i dziadki. W niedzielę był również tort dla tatusia, który miał co prawda urodziny tydzień po Weronice, ale z uwagi na stres związany ze szpitalem impreza odbyła się wcześniej. Tort dla tatusia był w kształcie znaczka Mitsubishi :-)
Coś w tym jest gdy tatusiowie bawią się kolejkami i koparkami synusiów. Bo ja też lubię się pobawić tymi Barbie co ma Weronika. Dostała jedną taką co jej się wszystko rusza, dłonie ręce w łokciach, nogi w kolanach i klatka piersiowa. Super się nią bawi. Weronika przez jakiś tydzień też się bawiła, ale już jej przeszło. Wróciła do swojej myszki.
Tymczasem mimo gila Weronika tarza się w śniegu. Jak tylko mróz zelżał i śnieg zaczął się lepić to zrobiłyśmy bałwana w ogródku. Koleś ma normalnie nos z marchewki, oczy w węgielków, guziki i kapelusz na głowie. Jest większy niż Weronika.




Poza tym Weronika w przedszkolu ma narzeczonego. Chłopak całuje ją i chce się żenić, ale ona nie chce. W ostatni piątek był bal przebierańców. Stroje zostały narzucone odgórnie, dziewczynki miały być księżniczkami a chłopcy krasnalami. O ile jeśli chodzi o dziewczynki to i tak pewnie 90% byłaby księżniczkami, ale chłopcy to już przecież mogliby chcieć być przebranym w coś bardziej nowoczesnego. Podobno zabawa była przednia. Dziecko stwierdziło że było fajnie, tańczyła, i były konkursy.
Z uwagi na mrozy i śniegi zostałam zmuszona do nabycia buciorów. Z zamiarem tym nosiłam się jakieś trzy lata, ale w końcu aura zmusiłam nie do  obucia się w porządne, nieprzemakalne buty. Kozaki mimo swojej urody nie nadają się na śniegi. I nie żałuję zakupu, mogę chodzić ile wlezie po straszliwych mrozach, śniegach i błotach a w nogi mi ciepło i mam suche, no chyba że śnieg wleci mi górą do buta :-)
Wielkie  Śniegi :-) powodują że człowiek nabiera kondycji od machania łopatą. Nie żeby mąż nie odśnieżał, bo odśnieża, ba! bywa że sobie wyrywamy łopatę, bo każdy chce odśnieżać. No nie mówię, że codziennie takie walki odchodzą, bo jakoś tak o 5 rano to żadna atrakcja, ale w sobotnie przedpołudnie gdy słoneczko świeci to czemu nie, pomachać sobie można.
Na naszej ulicy stoją trzy domu. I jest to jedyna odśnieżona ulica na całym osiedlu. A to dlatego że wszyscy mieszkańcy pomachali łopatami i poodśnieżali. Na naszej ulicy nie ma chodnika, nie ma asfaltu, to droga gruntowa, ale jest wszystko odśnieżone na całej szerokości. Natomiast inne drogi na osiedlu mają wyjeżdżone koleiny  i są tunelami, więc żeby się minąć z innym autem to ktoś musi się cofnąć do najbliższego skrzyżowania, żeby tam wjechać w mniejszą zaspę. Ciągle więc się ktoś zakopuje i wszyscy latają z łopatami i się odkopują. W sumie ja to się tylko jeden raz zakopałam ale to pod przedszkolem. Moja fura jakoś daje radę. Cieszę się, że mam przedni napęd to mi łatwiej.


09:54, lacktris
Link Komentarze (3) »
środa, 09 grudnia 2009
Pierniczenie II
Mimo zmęczenia wczoraj lukrowaliśmy pierniczki. Słodkości przyciągnęły do kuchni również tatusia, który też lukrował. Przyznam się, że pierwszy raz w życiu robiłam lukier i bawiłam się w ozdabianie pierników. Wszyły cudne. Niestety ich ilość drastycznie się zmniejszyła. Weronika z tatusiem co i rusz podjadali. Z wielkiej kupy pierników została mała kupeczka. Dobrze że zostało jeszcze trochę ciasta to dopieczemy jeszcze pierników. Najfajniejsze wyszły te co są przeznaczone na choinkę z szybkami i lukrem wyglądają cudnie. Dobrze że kupiłam więcej posypki, bo jakoś szybko się zużywała znikając w paszczach tatusia i Weroniki. A ja zjadłam tylko jednego polukrowanego piernika, taką oto mam silną wolę :-)
Dziś są moje urodziny. Po raz kolejny 18 :-) Zwykle nie myślę o tym ile mam lat, czuję się młodo, czasem to się nawet dziwię że już mam dziecko :-) ale prawda jest taka, że to 32 urodziny więc bliżej mi do wieku  średniego niż młodzieńczego. Ba! mam koleżanki w tym samym wieku, które mają nastoletnie dzieci. 10 lat temu myślałam, że to jeszcze tyle przede mną, cały świat do zdobycia, a te 10 lat minęło nie wiadomo jak i kiedy. Ech, łapię się na tym, że za chwilę skończę 40 lat, że te 8 lat przeleci też nie wiadomo kiedy.
Czas Świąt to żniwa w handlu. W tym roku chyba hitem prezentowym będzie edukacyjna mata do tańczenia fisher price. W normalnych sklepach typu real, selgros były po 189 zł na pod koniec listopada, na początku grudnia. Zniknęły niczym świeże bułeczki. Na allegro też były w podobnych cenach, a im bliżej Świąt tym mniej ich jest na allegro ( w normalnych sklepach nie do dostania), a ceny sięgają kosmosu, bo kosztują już 350zł. Babcia chciała Weronice pod choinkę kupić, ale nie zdążyła. I tym sposobem bedziemy mieć matę do tańczenia z Hannah Montana :-) nie wiem czy młoda nie będzie bardziej zadowolona :-)
Od rodziców Weronika dostanie hulajnogę. Już przyszła. Musieliśmy młodą trochę oszukać, bo chciała  otworzyć paczkę jak tylko kurier ją przywiózł, ale powiedzieliśmy  że nie można, bo to do sąsiadki paczka. Fakt pod stołem stoją już dwie paczki do sąsiadki i czekają na jej powrót z Norwegii, więc może stać i trzecia paczka. Muszę jednak w nocy ją otworzyć i sprawdzić czy hulajnoga jest kompletna.
08:52, lacktris
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42