RSS
wtorek, 21 września 2010
Basen
Wczoraj byliśmy pierwszy raz na basenie. Tzn w szkole pływania. Nie było aż tak źle.
Początkowo Weronika nie mogła się wprost doczekać kiedy pójdzie. Jednak jak już dotarliśmy na miejsce, jak już się przebrała w kostium i zobaczyła dzieci i instruktorów to jej się odwidziało. Najpierw wcale nie chciała wejść na basen. Po namowach zdecydowała się, że jednak wejdziemy popatrzeć. Przyczepiona do nogi stała i patrzyła. Gdy dzieci wparowały do wody ona nawet się z miejsca nie ruszyła. Jednak pan instruktor przekonał dziecko, żeby chociaż usiadło na schodkach do basenu i zamoczyło kostium. Łaskawie usiadła, ale uczepiła się poręczy, żeby w żadnym razie nie wejść za głęboko. Wszyscy rodzice wyszli już z basenu, zostałam tylko ja. Ale po kilku minutach też wyszłam. Potem, gdy podglądałam co Weronika robi, okazało się, że jednak postanowiła wziąć udział w zajęciach. Nawet skakała do wody z brzegu. Oczywiście pani pomagała dzieciom w tych skokach. Na koniec okazało się że było świetnie i że jutro też możemy iść na basen. O dziwo bardzo dużo dzieci które początkowo tak chętnie wchodziły do wody, z zajęć wychodziły z płaczem że nie chcą już chodzić, na dodatek były to same dziewczynki. Zobaczymy jak będzie wyglądała sprawa za tydzień.
Brzuch mi rośnie. Jednak jakoś nie czuję tego specjalnie. Tzn będąc w ciąży z Weroniką , mimo trudności, cieszyłam się bardzo. Ona jest wyczekanym dzieckiem. Gadałam z brzuchem, gładziłam go od początku. A teraz wiem, że jestem w ciąży ale jakoś nie cieszę się tym prawie wcale. Zdaję sobie sprawę, że tam w środku mieszka ktoś, że w sumie jest przecież dzieckiem chcianym, zmajstrowanym z premedytacją, ale jakoś nie przejmuję się tym tak bardzo. Chodzę do lekarza jak trzeba, miejmy nadzieję, że potem będzie lepiej. Bardziej się boję tego jak panna Weronika, rozpieszczona księżniczka przyjmie nowego człowieka.
Od lekarza prowadzącego dostałam przykaz, żeby między 20 a 24 tygodniem iść na usg z echem serca płodu to podobno najlepszego lekarza w Szczecinie. Lekarz ten jako jedyny w Szczecinie posiada certyfikat zaświadczający że, przynajmniej teoretycznie facet wie co robi. Nie będę przytaczać nazwy tego certyfikatu, ale w Szczecinie jako jedyny ma ten certyfikat, no i podobno jak on powie że coś jest to tak właśnie jest. Problem w tym, że niestety skorzystanie z certyfikatu pana doktora kosztuje. I to słono. Jak usłyszałam cenę to spadłam z krzesła ( no nie dosłownie ). Cóż na badanie poczekam do wypłaty.
Tymczasem u znajomych oglądamy różne gadżety dla dzidziusiów, co to niby potrzebne wcale nie są, ale zasadniczo ładnie wyglądają i podobno się przydają. Na mnie duże wrażenie zrobił leżaczek co się sam buja, gra melodyjki itd itp. Na Weronice wrażenie zrobiła karuzelka do łóżeczka na pilota. Cały wieczór siedziała przy łóżeczku i naciskała guziki na pilocie. Młody był zachwycony i nawet coś tam po swojemu zagadywał do Weroniki i do karuzelki. Ciężko było go zrozumieć bo facet ma dopiero 8 tygodni, ale jakieś dźwięki inne niż płacz wydawał z siebie i był bardzo zadowolony.
Oprócz tego przeżywamy fascynację psami. Całe szczęście, że na razie nie mamy kasy, bo pewnie jakiś szczeniak już by po chałupie latał. Na razie nie możemy dojść do porozumienia w kwestii rasy. Co gorsza nawet tatuś,który początkowo podchodził bardzo sceptycznie do pomysłu psa teraz też się zaraził. Mi zasadniczo rasa jest obojętna byle by to było  coś nie za dużego. Weronika nie wiadomo skąd wymyśliła pudelka, natomiast tatuś wspomina dzieciństwo i zapragnął wyżła niemieckiego. Co gorsza jutro mamy jechać z jedną znajomą po szczeniaka jacka russela teriera. Dobrze że nie mam pieniędzy, to nie wrócę z jednym dla siebie.

10:25, lacktris
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 września 2010
kryzys
Jakoś ostatnie miesiące nie są zbyt dobre i nie zapowiada się, żeby miało być lepiej. Kryzys finansowo- ekonomiczny to jedno, tyle że jakoś wpływ na to mam niewielki.
Drugim istotnym kryzysem jest kryzys wychowawczy. To pewnie ja przechodzę ten kryzys a nie moje dziecko, jednak staje się on nie do zniesienia. Nie daję sobie rady z własnym dzieckiem. Weronika ogólnie jest na nie. Jest na nie bardziej niż zwykle. O tym, że ona sama decyduje w co się ubrać to nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś jest. Te codzienne walki, żeby ubrała rajstopy lub coś więcej niż sukienka na ramiączkach, bo zmarznie wykańczają mnie. Do tego napady wściekłości gdy coś jest nie po jej myśli. Te wszystkie sposoby super niani to jakieś mało skuteczne są. W każdym razie nie działają tak szybko jak to w telewizji pokazują. Nawet teksty super niani, że te złości mogą trwać nawet 20 minut jakoś mijają się z prawdą. Jakby siedzenie Weroniki w odosobnieniu, na karnych dywanikach i tym podobnych rzeczach trwało tylko dwadzieścia minut, to ja bym tak chciała. Ale ona jest wytrwała. Potrafi i dwie godziny siedzieć i ryczeć. Co prawda coraz ciszej, bo gardło jej wysiada, ale dziewczyna ma cierpliwość.
Rozpoczął się nowy rok szkolny. Zapisałyśmy się na tańce. Miała iść do starszej bardziej zaawansowanej grupy. Taaa... nic z tego nie będzie. Sala jej się nie spodobała. Na początku nawet nie chciała wejść. Jedną z atrakcji tańców jest automat ze słodyczami, więc to że nie chciała wejść do sali i brać udziału w zajęciach wcale nie przeszkodziło jej w stękaniu o coś słodkiego. Jednak jak wiadomo słodycze z automatu są tylko dla tych dzieci co tańczą. Łaskawie weszła do sali, ale od razu zaznaczyła że ona tylko popatrzy. I owszem tylko patrzyła. Całe zajęcia przesiedziała pod drzwiami.  Na następnych zajęciach obiecała, że będzie tańczyć. I guzik. PO 10 minutach od rozpoczęcia zajęć poszłam sprawdzić co robi. Siedziała pod drzwiami. Zabrałam ją, bo to bez sensu siedzieć tam półtorej godziny i nie tańczyć. Wyszła ze łzami w oczach. Stwierdziła, że nie chce tańczyć.Na pytanie czy nie chce tańczyć w tej grupie czy w ogóle nie chce tańczyć nie umiała odpowiedzieć. Póki co spróbujemy z młodszą grupą w sali która jej odpowiada. Nie wiem czemu jej się po dwóch latach odwidziały tańce.
Jakoś też nie mam szczęścia do samochodów. Ledwo co naprawiłam różne zaległe blacharskie uszkodzenia, to w drodze do pracy pan mnie nadział na sztaplarkę. W sobotę odebrałam naprawiony samochód. Swoją drogą ciekawe, że poprzednie naprawy w mniejszym zakresie robione w ASO VW w Szczecinie trwały skandalicznie długo, pan syn właściciela raczej nie jest łatwy w kontaktach i w ogóle wygląda jakby robił łaskę że pracuje. Natomiast ta ostatnia naprawa odbyła się w zupełnie innych warsztacie, i trwała raptem tydzień. Auto jest zrobione dobrze, bo nawet czepialski pan mąż nie za bardzo ma się do czego przyczepić. No i pan właściciel warsztatu odbiera telefony, a jak nie odbiera to oddzwania. No ale ledwo w sobotę odebrałam swój samochód to pożyczyłam od teścia większe auto żeby przywieźć babcie ( w ilości trzech sztuk + bagaże + Weronika + ja) z nad morza. I pech chciał, że to auto troszkę przerysowałam. A auto dwa tygodnie temu odebrane było od blacharza i akurat przerysowałam ten bok, co był malowany. Normalnie pech. Coś czuję, że w tej ciąży to ja długo autem nie pojeżdżę skoro już na początku mi nie idzie. To co będzie jak brzuch będzie wielki?
Dziś tatuś ma wolny dzień. Weronika na to hasło, zaświeciła oczami, poszła na wszystkie ustępstwa, obiecała spełnić wszystkie warunki byle tylko nie iść do przedszkola i zostać w domu. Nie pedagogiczne to strasznie.
Wczoraj dziecko moje było na diecie chrupkowej. Cały dzień konsumowała chrupki kukurydziane. Nic innego nie zjadła. teoretycznie to ja wiem, że nie powinnam w ogóle zwracać uwagi na to jej jedzenie. Ale jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Niby zawsze to lepiej, niż musieć zamykać przed dzieckiem lodówkę na klucz- no ja sobie to tak tłumaczę. Teraz na śniadanie nie wystarcza już chleb lub bułka z nutellą. To musi być określony chleb lub bułka. Najlepiej pszenna, biała. W żadnym wypadku pieczywo razowe, obsypane mąką, czy z jakimiś ziarnami. Jeśli akurat nie dysponuję w chałupie odpowiednim pieczywem to na śniadanie jest sama nutella. Masakra. Na obiad do wyboru rosół, kotlety z kurczaka i pieczone nogi z kurczaka. Bez ziemniaków, kaszy, makaronu czy czegoś w tym guście. Warzywa, surówki pomińmy milczeniem. Jeśli kasza lub makaron to tylko na sucho ( dobrze chociaż, że gotowane).Z owoców konsumuje tylko banany, jabłka i winogrona. Jedyny postęp jest taki, że teraz to chociaż da się namówić na spróbowanie jakiejś potrawy i dopiero potem potwierdza to co już wiedziała wcześniej czyli że nie lubi.
Nie miała baba kłopotu to sobie pojechała na grzyby. Nazbierała tych grzybów trzy na krzyż. Bynajmniej nie dlatego , że grzybów nie było, ale wyjazd na grzyby z dzieckiem to porażka. O mały włos bym jej nie zostawiła w lesie przywiązanej do drzewa. Co prawda grzybów mało, ale coś z nimi trzeba było zrobić, tym bardziej że większość to takie fajne małe, twarde akurat do słoika z octem. Więc zamiast wieczorem grzecznie iść spać, to ja zabrałam się o 22. za obgotowywanie grzybków. Może to i dobrze, że było ich tak na jeden słoik?

14:15, lacktris
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 września 2010
po wakacjach
Wakacje się skończyły. Było ciężko tak zorganizować opiekę, żeby młoda przez dwa miesiące jakoś przeżyła bez przedszkola.
O dziwo, mimo początkowej niechęci powrót do placówki edukacyjnej odbył się bez ryków, spazmów, padania w rozpaczy na podłogę. Wszystko poszło gładko.
Być może dlatego nie było problemu bo panna ma się czym pochwalić. Mianowicie 31 sierpnia panna Weronika straciła pierwszy ząb. Podejrzanie wcześnie to nastąpiło, wszak ma dopiero 4 lata i 8 miesięcy, ale wszystko wskazuje na to, że to fizjologiczna wymiana uzębienia. 30 sierpnia dziecię przybiegło, z wiadomością, że ząb jej się rusza. Oczywiście od razu nic nie mogła jeść, bo ten ząb tak strasznie ją boli, że nie da rady skonsumować niczego poza mleczusiem. Na ewentualną propozycję zjedzenia czekoladki zgodziła się z chęcią, tu jej ruszający ząb w niczym nie przeszkadzał, wpadła na genialny pomysł, że sobie ten ząb przytrzyma palcem żeby się nie ruszał. Na drugi dzień poleciałyśmy do dentysty. Przyznam się szczerze, że trochę się wystraszyłam tym ruszającym się zębem. Jednak nie uderzyła się w szczękę ostatnimi czasy, na zębach nie ma śladu jakiejś próchnicy czy innego paskudztwa. Pani dentystka powiedziała, że owszem ciut wcześnie ten ząb się rusza, ale widać taka jej uroda. Z uwagi na niemożność jedzenia, w trakcie dyskusji pani dentystka wyjęła z buzi ząb. Zapakowała w specjalne pudełeczko na mleczaki i wręczyła zdziwionemu dziecku. Gdy panna Weronika zobaczyła te dwie krople krwi na zębie to jednak trochę spanikowała. Szybko pocieszyły ją dwie gałeczki lodów. A wieczorem ...
Wieczorem ząb czekał przy łóżku na Wróżkę Zębuszkę. Owszem przybyła. Co prawda Wróżka nie miała drobnych i musiała dziecku zapłacić za zęba kupę kasy :-) ale dziecko się bardzo ucieszyło. Niestety kasę schowała do portfela i dalej naciąga matkę na lody :-)
Jeśli w ciągu pół roku nie wyrośnie jej nowy ząb, mamy przyjść na kontrolę, a jeśli wyrośnie to też :-)
Weronika już jest zapisana na zajęcia dodatkowe. W tym roku zajęłam sobie trzy popołudnia w tygodniu. Oprócz tańców, mamy basen. Mam nadzieję, że po entuzjastycznych kąpielach w morzu basen również jej się spodoba. Zajęcia zaczynamy 20 września.
Natomiast tańce teoretycznie zaczynają się już dziś. Weronika będzie chodzić do bardziej zaawansowanej grupy, takiej co już występuje. Co prawda są 6-7 latki, ale mam nadzieję, że po dwóch latach tańcowania poradzi sobie w starszej grupie. Jeśli nie będzie jej się podobać to przepiszę ją do młodszych dzieci.
13:46, lacktris
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 maja 2010
Dzień Matki
Z okazji wiadomego święta wczoraj w przedszkolu była imprezka. Miała się rozpocząć o 15, ale już pół godziny wcześniej rodzice byli w komplecie. No dobra, brakowało jednego rodzica i nie chodzi o tatusia Weroniki. Gdy wybiła 15 rodzice weszli do sali, gdzie stremowane dzieciaki szykowały się do występu. Były piosenki, wierszyki, tańce hulanki swawole. Co prawda kilkoro dzieci troszkę się popłakało i zasiadło na kolanach rodziców, Weronika też nie wytrzymała napięcia i przyleciała schować się u mnie. Ale na wręczanie kwiatków i prezentów wróciła do dzieci. Dostałam więc mały bukiecik, broszkę a tatuś dostał zakładkę do książki. Wygląda więc na to, że w końcu tatuś będzie musiał zacząć coś czytać :-)
Jednak w drodze do domu, dziecko zabrało mi kwiaty, bo jej w pokoju bardziej się przydadzą, oraz na chwilę pożyczyło sobie moją broszkę. Na dziś dostałam ją z powrotem i mogę w pracy być przystrojona dziełem mojego dziecięcia. Tym razem dzieło jest fioletowe.
Jest takie powiedzonko, że małe dziecko mały kłopot, duże dziecko to duży kłopot. Ciekawe jakie to wielkie kłopoty czekają mnie jak Weronika podrośnie. Ma dziewczyna charakter, nie można jej tego odmówić. Jest uparta, dąży do postawienia na swoim. Może to i dobrze, będzie sobie radzić w przyszłości, jednak na razie to ja sobie słabo z nią radzę. No nic zobaczymy co przyniesie przyszłość.
09:57, lacktris
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 maja 2010
Polowanie
Panna Weronika zapragnęła mieć nowe rajstopy. Dodajmy, że nie byle jakie, a mianowicie, cienkie, białe w srebrne kropki, z cekinami i Hello Kitty. Owszem istnieją takie rajstopy, bo koleżanka z przedszkola ma. Ja co prawda nie wiem jak wyglądają bo koleżanki nie widziałam. W niedzielę wybrałyśmy się więc do Galaxy na polowanie. Od razu uzgodniłyśmy, że jak nie znajdziemy rajstop to nie będzie ani awantury, ani rozpaczy, tylko w poniedziałek pójdziemy na rynek i poszukamy. Obeszłyśmy wszystkie sklepy, z H&M dziecko wyszło bogatsze o opaskę i kapelusz z Hello Kitty. W Zarze zaświeciły się jej oczy do bluzek z Hello Kitty, ale przemówiwszy dziecku do rozumu ( albo czegoś innego) wyszłyśmy bez zakupów. Przy okazji byłyśmy w nowo otwartym sklepie Stradivariusa, ale ciuchy mi się tak średnio podobają ( w końcu już nie jestem targetem tego sklepu) ale za to buty mają cudne. Rajstop jednak nigdzie nie było.
Wczoraj zgodnie z obietnicą poszłyśmy na rynek dalej szukać rajstop. Obeszłyśmy wszystkie sklepy z ciuchami dla dzieci i dopiero w ostatnim znalazłyśmy rajstopy z Hello Kitty, owszem białe ale w czerwone serduszka i kotki. Z cekinami nie było, ale.... pani powiedziała że owszem miała takie, tyle że idą jak ciepłe bułeczki. Następna dostawa za tydzień. Przyjdzie mi zwolnić się z pracy i lecieć do sklepu na otwarcie, żeby zdobyć dla dziecka rajstopy z cekinami. Co gorsza pani poinformowała że hitem są również rajstopy co w słońcu zmieniają kolor, ale też już ich nie ma.
W końcu po wielu tygodniach przymierzania się zakupiłam butelkę wina. Wino czerwone półsłodkie. Wytrawnego nie dam rady wypić. Ja w ogóle to mało alkoholowa jestem, ale  tak mnie jakoś naszło, żeby może wieczorem wypić jakąś lampkę. Taaaa .....
wypiłam owszem jeden kieliszek i tak mnie siekło że na nogach ustać nie mogłam. A wino to ma 11%. Tatuś się ze mnie śmiał. Zamiast więc podchmielona baraszkować z mężem, to ja poszłam spać szybciej niż moje dziecko. Nawet to M ja miłość nie dotrwałam.
12:50, lacktris
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Życie towarzyskie
Panna Weronika została zaproszona do sali zabaw na urodziny kolegi z przedszkola. Zaczyna się więc etap imprezowych rozterek, że zostało się na imprezę  zaproszonym tudzież nie. Weronika znalazła się w nielicznym gronie zaproszonych.
W piątek udałyśmy się do sklepu celem nabycia prezentu. Problem był ogromny, bo zupełnie nie wiedziałyśmy co kupić 4-ro letniemu chłopcu. Wiadomo, że albo Zygzak McQueen, albo Ben10, jednak który? Niestety Jubilat tak był podekscytowany imprezą, że w piątek dostał gorączki i do przedszkola nie przyszedł, więc nie można się było u źródła dowiedzieć czym kolega się pasjonuje. Mama Jubilata też nie była pomocna ,bo nie określiła która postać ma większe wzięcie. Jak się okazało na imprezie ulubieńcem kolegi jest Zygzak :-) Po kilkudziesięciu minutach spędzonych przy regałach z zabawkami, konsultacjach z napotkanymi młodzieńcami, oraz wybraniu tabunu prezentów przez Weronikę dla siebie ( wyszła ze sklepu bogatsza o bluzkę z Hannah Montana, puzzle z Hannah, oraz tablicę i znikopis to i tal lajtowo jak na nią :-D ) , w końcu zdecydowałyśmy się na wóz strażacki.
W sobotni poranek największym zmartwieniem młodej była kreacja. Z jednej strony musiała wyglądać bosko, ale też i miało być wygodnie, wszak balowe kreacje nie sprzyjają ganianiu się, wspinaniu i rozrabianiu w sali zabaw. Stanęło więc na nowej bluzce z Hannah Montana, spódnicy Barbie, oraz leginsach i skarpetach. O kolorze tego stroju nie muszę raczej wspominać. Ja też miałam małego stresa w co się ubrać, bo przecież będą inne mamusie krytycznym okiem patrzeć. A tu na głowie odrost jak stąd do Warszawy, tu i ówdzie mnie za dużo. No nic jakoś tam się ubrałam.
Początek imprezy dla Weroniki był stresujący. Młoda zawstydziła się, uczepiła mojej nogi niczym małpka więc wręczać prezent i składać życzenia musiałam ja. Na szczęście po paru minutach jej przeszło i rozrabiała z resztą dzieciaków. Z przedszkola obecnych było 4-ro dzieci łącznie z Jubilatem. Podobno Jubilat najbardziej właśnie lubi tych których zaprosił. Weronika co prawda ma trochę inną listę ulubionych kolegów i koleżanek,znacznie dłuższą, jej urodzinowa impreza szykuje się niczym wesele na 150 osób. Co za szczęście że to dopiero w styczniu. Jubilat na szczęście też jest na liście ulubieńców Weroniki. Młodzież bawiła się doskonale. Buzie były wymalowane - Weronika miała kolorowego motyla. Na tort trzeba ich było siłą ciągnąć i ledwo udało im się wytrzymać dmuchanie  świeczek. Prawie nic nie spróbowali. Za to mamusie musiały konsumować, a tort był niemały. Na koniec imprezy była rozpacz i łzy. Wpadłam więc na "genialny" pomysł osłodzenia dziecku smutków lodem. W naiwności swojej myślałam, że po drodze do domu zatrzymamy się w sklepie, młoda zakupi loda i pojedziemy do domu. Jednak nie ma lekko. Dziecko moje wymyśliło, że na loda pojedzie rowerem. Nic to że za godzinę gość w dom, ona jedzie na rowerze. Pojechałyśmy. Po konsumpcji w deszczu wracałyśmy do domu. Obiecałam jej solennie, że już nigdy więcej z nią na rower nie pójdę. Wczoraj powtarzała to każdemu kto chciał lub nie tego słuchać.
Urodziny w sali zabaw przypomniały Weronice, że ona bardzo lubi chodzić do tych sal. Wczoraj naciągnęła więc babcię i poszłyśmy do tej samej sali. I znów pomalowała sobie buzię.
Przy okazji tych urodzin, okazało się, że Weronika jako jedna z nielicznych jest pierwszym dzieckiem swoich rodziców. Jubilat i reszta przedszkolnych dzieciarów to są drugie dzieci. Co ciekawe Jubilat ma starszego - 9-cio letniego brata, natomiast jego mama wygląda jakby miała maksymalnie 23 lata. Tata za to jest bardzo przystojny i sympatyczny. Na dodatek świetnie się bawił z dziećmi.
Urodziny dla dzieciaków w sali zabaw to jednak niezły pomysł. Towarzystwo się wybawi ( Weronika wieczorem padła ) chałupy nie rozniesie, sprzątać nie trzeba, no i po dwóch godzinach obsługa sali elegancko wyprosi towarzystwo bo następna impreza czeka w kolejce. W domu nie byłoby tak łatwo pozbyć się rozbrykanych gości, no i straty mogłyby być duże.
Jakiś czas temu nabyłam sadzonki berberysów i perukowca. Perukowca, który wyglądał jak suchy patyk rozdeptał mi tatuś. Po bliższych oględzinach okazało się,że perukowiec faktycznie był suchym patykiem. Natomiast jeśli chodzi o berberysy sytuacja jest skomplikowana. Sadzonki nie były w doniczkach tylko korzenie zawinięte w folię, trochę już nawet liście puszczały. Wsadziłam je więc do ziemi.Niestety liście uschły i zostały suche patyki. W piątek zakupiłam więc kolejne dwa krzaki berberysa w promocyjnej cenie, tym razem w doniczce, wyrośnięte z wieloma liśćmi. W niedzielę wymyśliłam sadzenie. Wykopałam więc jeden rzekomo uschnięty berberys i wsadziłam w jego miejsce nowy. Zanim wykopałam drugi uschnięty krzak przyjrzałam mu się uważnie i okazało się , że nie jest do końca suchy i planuje wypuścić liście. No to nowy krzak wsadziłam w inne miejsce. Potem dokonałam oględzin tego krzaka którego już wykopałam. Okazało się, że on też nie jest do końca suchy, ma jakiś taki nieśmiały pączek z liściem. Wsadziłam go z powrotem do ziemi. Tym sposobem mam już 4 krzaki berberysa. Dwa czerwone i dwa zielone. O ile oczywiście te suche patyki nie rozmyślą się i będą jednak rosły. Wygląda też na to, że jeden krzak piwonii zdecydował się wypuścić pąk kwiatowy. Na razie jeden. Drugi krzak póki co jest obrażony. Nasz zdobyczny bez w tym roku ma jeden kwiat. To prawdziwy sukces, że ten bez w ogóle rośnie, bo przecież miał obcięte korzenie :-) Dziwna jakaś rzecz z rododendronami. Od jesieni mają pąki. Myślałam, że to z liśćmi, a okazuje się, że to kwiatowe. Jeden rododendron to już nawet zaczął delikatnie przebąkiwać o kwitnieniu. Metka mówi, że miał być biały, tymczasem kwiat ma ciemno różowy. Nie wiem jaki będzie drugi , ale metka mówi że niebieski.

Jak zwykle przy tego rodzaju okazjach jak urodziny, zapomniałam aparatu
12:09, lacktris
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 kwietnia 2010
Flaga
Z uwagi na przypadające w weekend święta narodowe, młodzież do przedszkola miała przyjść na galowo. Pomijam kwestię dostępności stroju galowego - ogłoszenie o tym stroju wywieszone w środę po południu , że na jutro, a skąd czterolatka ma wziąć taki strój jeśli to pierwszy raz ma być? , pani przedszkolanka nakazała, że spódnica ma być czerwona. Ot prawdziwy problem w królestwie różu! Skąd wziąć czerwoną spódnicę, w ostateczności granatową??
Przeszukałam pół chałupy i dziecko poszło dziś w białej bluzce i koralowej princesce. Wygląda jak wyblakła flaga :-) Mam nadzieję,  że obchody będą uroczyste.
W ostatnich dwóch dniach Weronika obwieszcza że zjada w przedszkolu cały obiad, łącznie z zupą. Nie do uwierzenia! Śmiem wątpić w prawdziwość tych słów, zwłaszcza że podobno codziennie jest rosół na obiad i jej ulubiony kotlet schabowy. Jadłospis mówi co innego.
Dobra nowina jest taka, że wczoraj ogłoszono wyniki rekrutacji do przedszkoli i w kolejnym roku szkolnym dziecko będzie kontynuowało naukę w dotychczasowej placówce. Kamień spadł mi z serca.
Tymczasem Weronika dorobiła się oficjalnego narzeczonego. W poprzedni czwartek oświadczył jej się sąsiad z góry, dał jej również pierścionek. Pierścionek  został przyjęty. Teraz jak coś idzie nie po myśli młodej damy to grozi ona zakochanemu młodzieńcowi że nie będzie jego narzeczoną i on wtedy robi wszystko jak ona chce. Gdy się kłócą ze sobą to zrywają, a jak godzą to znów są narzeczeństwem. Jednak któregoś wieczoru Weronika wyznała mi że i tak woli Bartka z przedszkola. Ech te kobiety....
W lidlu są najlepsze lody na świecie, wg młodej oczywiście. Ich najlepszość polega na tym, że są to lody HELLO KITTY. W sobotę Weronika wraz z narzeczonym pojechali rowerami do lidla na te właśnie lody. Kawał drogi to był, ale dali radę. W międzyczasie zjedli pasztecika, wytarli z kurzu wszystkie bujaki, oraz odwiedzili plac zabaw i sklep z którego Weronika wyszła bogatsza o sukienkę z Hannah Montana. Do domu, mimo, że pod górkę wrócili na rowerach i co gorsza wcale nie zmęczeni. Ja i sąsiadka byłyśmy padnięte. Dzieciaki natomiast jeszcze zamalowali kredą ławkę i pół chodnika koło domu , oraz usiłowali posadzić na tej ławce sąsiada żeby sobie spodnie pobrudził. Potem przechadzali się za rękę i Weronika uczyła narzeczonego jak ma ją całować. A całować ma ją w policzek. Nauka była konieczna, gdyż wcześniej narzeczony próbował pocałunków w usta i dziewczyna musiała uciekać. Próbował też ją obściskiwać, tak skutecznie że aż wylądowali w doniczce z kwiatkami. Teraz narzeczony już wie, że całować można tylko w policzek i ręce przy sobie :-)
13:21, lacktris
Link Komentarze (1) »
środa, 24 marca 2010
zakupy
W moim mieście otworzony został sklep z bielizną, ba! nawet dwa sklepy. Niby to nic dziwnego, ale ... są to sklepy które przejmują się  tym co można przeczytać na forum Biuściastych :-) Mogę się wypowiedzieć na razie tylko o jednym z nich - ebras.pl - rozmiarówka jest szeroka, panie ekspedientki ( no dobra ta jedna co mnie obsługiwała) całkiem miłe. Tak więc zakupiłam nowy stanik. W mega wielkim rozmiarze o jaki nigdy bym siebie nie podejrzewała. Ponieważ ogólnie zwiększyłam swoje rozmiary, to całkiem logiczne że i biust urósł, jednak urósł jakoś niewspółmiernie w stosunku do reszty. A może on cały czas był całkiem spory, tylko ja stanik miałam nie teges?? Teraz wydaje mi się, że te stare staniki to tak luźne w obwodzie są że gdyby nie trzymały się na ramiączkach, to pewnie spadłyby na podłogę :-) Nowy stanik, mimo, że 10 cm ciaśniejszy w obwodzie wcale mnie nie ciśnie, ani nie jest specjalnie wyczuwalny.  Miseczki nowego stanika trzymanego w rękach wydają się wielkie niczym żagle Daru Młodzieży , ale już ubrane na biust dziwnym trafem wypełnione są szczelnie. O tym, że po zakupie pół dnia chodziłam i miziałam się po wielkich cycach to nawet nie wspominam :-) aż się tatuś ze mnie śmiał.
W sobotę Weronika do zakupów dołożyła bukiet różowych róż ( w końcu jakiż inny kolor mogą mieć róże??). Do bukietu dołączona była torebeczka z jakimś cudem co się do wody wsypuje, żeby dłużej stały w wazonie. I faktycznie. Dziś mamy czwartek a róże nie dość że stoją to ledwo co się zaczynają otwierać. Wygląda, że jeszcze z tydzień postoją. Czary normalnie jakieś.
10:55, lacktris
Link Komentarze (2) »
środa, 17 marca 2010
Czy Szczecin leży w Polsce??
Jak wiadomo po wojnie Szczecin "wrócił" do macierzy.Co prawda przez szereg długich lat ( być może nadal tak jest ) traktowany był po macoszemu, bo przecież nie wiadomo, czy nie trzeba go będzie oddać, to po co jakieś inwestycje i takie tam. Wszak to Gdańsk jest oczkiem w głowie stolicy, to jest nasze okno na morski świat itd  itp więc pewnikiem Gdańsk leży w Polsce.
 Nie moją rzeczą jest się upierać i udowadniać czy Szczecin został odbity czy zdobyty od Niemiec, jednak póki co wszelkie mapy administracyjne jak byk pokazują że  wciąż leży w Polsce. Chyba że podczas nocy nastąpiły jakieś tajne negocjacje, pakty i akty na mocy których już nie jest polski, a gazety jeszcze o tym nie napisały taka to tajemnica. Jednak Onet już o tym wie. No na głównej stronie jeszcze nie podał, ale na vod.onet już tak.
Chciałam sobie z rana obejrzeć kolejny odcinek jednego z falgowych obecnie seriali TVN a tu guzik. Wyświetla się komunikat, że filmy można oglądać tylko na terenie Polski. Wygląda więc na to, że Szczecin jednak nie leży na terenie Polski. Inna rzecz, że reklamy to już można oglądać na całym świecie, wszak sponsor zapłacił, to tym bardziej jest zainteresowany aby był oglądany wszędzie. Wracając do tematu, zaglądam do dowodu osobistego, a ten dowód jest polski, obywatelstwo polskie, adres zameldowania w Szczecinie hmm no wszystko wskazuje, że jednak miasto leży w Polsce.
Istnieje jeszcze jedno całkiem logiczne wyjaśnienie tego że będąc w Szczecinie w granicach administracyjnych miasta jak dotąd polskiego nie mogę oglądać filmu. Otóż ktoś w Onecie nauczył się w szkole, że granica  państwa przebiega na Odrze i Nysie. Tak się składa, że Odra płynie przez Szczecin. Można by więc pomyśleć, że na jednym brzegu rzeki to Polska a na drugim już nie. Tylko to jakiś nieuk był, bo ja akurat chciałam obejrzeć film będąc na prawym brzegu rzeki - czyli tym polskim. Z resztą ja nie słyszałam i podejrzewam, że nikt inny też o tym nie słyszał żeby Szczecin , jak Cieszyn był miastem podzielonym między dwa państwa.
Zadałam pytanie Onetowi czy wg nich Szczecin nie leży na terenie Polski. Ciekawe co odpowiedzą.
09:10, lacktris
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 marca 2010
na różowo
Weronika szaleje za hello kitty. Wszystko chce mieć z tym kotkiem. Po wpisaniu na allegro stosownego hasła wyskakuje 140 stron z różnymi gadżetami. Są nawet różowe pokrowce do samochodu z hello kitty, oraz różowe gumowe dywaniki :-) Wyskoczyły również dziecięce okulary słoneczne z h&m , a ponieważ kiedyś w końcu przyjdzie wiosna i lato, to postanowiłam dziecku takie coś kupić. No cóż z allegro jak wiadomo trzeba chwilę poczekać na przesyłkę, postanowiłam więc przed zakupem na odległość pójść normalnie do stacjonarnego sklepu h&m i zobaczyć, czy są takie okulary i po ile. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że owszem okulary są i na dodatek dwa razy tańsze niż na allegro ( mówię o cenie bez wysyłki, czyli de facto zapłaciłabym niemalże 150% więcej niż w sklepie ). Nabyłam dziecku okulary plus spinki do włosów do kompletu. Za całość zapłaciłam mniej niż za jedne okulary na allegro. Co ciekawe nie jest to jedyny przypadek takiego przepłacania na allegro. Weronika ma już kilka bluzek z hello kitty. Większość kupowane w Tesco, lub Realu w cenie max 20 zł a na allegro te same bluzki np. z cheerokee po 30 zł są plus wysyłka. Rozumiem, że są w Polsce miejsca gdzie do galerii handlowych daleko a dziecko chce mieć hello kitty na bluzce, ale bez przesady.
Wpadłam też na pomysł reaktywowania bluzek których dziecko nie chce nosić. Naprasowywanki. Szukałam a allegro naprasowywanek z wiadomym kotkiem. Wybór marny ceny wyglądały na przystępne. Ale będąc wczoraj w sklepie nie dla idiotów znalazłam papier transferowy!!!! Wydrukowałam więc obrazki z kotkiem ( na początek dwa na próbę ) i mamy jedną bluzkę reaktywowaną. Wygląda całkiem profesjonalnie, bardzo fajnie. Może w końcu dziecko zacznie nosić jakieś inne zestawy ubrań niż te trzy bluzki na krzyż. Co ciekawe pomyślałam, że może sobie też jakąś oryginalną koszulkę stworzę. Tatuś już obmyśla jakie zdjęcie sobie na koszulkę nakleić.
Zapragnęłam nauczyć dziecko jeść zupy ( inne niż rosół i od wielkiego dzwonu pomidorową ), a ponieważ ona lubi brokuły to wymyśliłam zupę brokułową. Zanim zabrałam się do roboty sto razy zapytałam się czy łaskawie zje. Powiedziała, że zje. ( tak, wciąż jestem naiwna i wierzę w jej zapewnienia że zje coś co nie jest słodyczem lub jogurtem). Zrobiłam więc zupę krem z brokułów. Wyszła wg mnie rewelacyjnie, gładka kremowa konsystencja, piękny zapach, delikatny smak ( no kolor może trochę bagienny wyszedł) . Mi smakuje rewelacyjnie, aż się dziwię, że wcześniej nie wpadłam na pomysł zrobienia takiej zupy. Dziecko zamoczyło dosłownie koniuszek języka w zupie i odmówiło konsumpcji. Tatuś na samym początku zaznaczył, że on zup poza pomidorową i rosołem nawet próbować nie będzie. Chyba będę złośliwą zołzą i wywalę wszystko z lodówki, nic innego nie zrobię do jedzenia dopóki nie zjedzą zupy brokułowej :-D
W czwartek byłyśmy na kontrolne wizycie u gastrologa dziecięcego, towarzyszyła nam babcia. Podobno Weronika jest zdrowa. Tzn pozbyła się tej bakterii. Oczywiście nie dała się dotknąć lekarce, nawet zważyć się nie dała. Darła się od momentu gdy weszłyśmy do gabinetu do końca wizyty. Ważenie wyglądało tak, że na siłę postawiłam ją na wadze oderwałam się od niej i uciekłam. Dziecko wrzeszcząc ustało na wadze 5 sekund i znów się we mnie wczepiło. Podobno waży 17 kilogramów. Podobno wg centyli to ma niedowagę, ale jak sama pani doktor napisała nie wygląda na zabiedzoną. Trochę ją pani obmacała , ale co to za macanie brzucha jak dziecko się drze i jest całe napięte?? Następna wizyta za pół roku i mamy przyjść i powiedzieć że żołądkowe dolegliwości to już przeszłość.
Zanim jednak zostałyśmy przebadane dość dużo czasu spędziłyśmy w poczekalni. Była tam również na oko 16-17 letnia blond piękność ( no nie mogła mieć 18 lat skoro była w poradni dziecięcej). Blond piękność zaintrygowała Weronikę.
- mamo zapytaj się pani jak ma na imię - ( tak molestowanie obcych ludzi w autobusie - czasem korzystamy - w celu poznania ich imienia to nasza specjalność)
- nie kotek, sama się zapytaj
-ale mamo zapytaj się czy pani ma na imię Hannah Montana
- sama się zapytaj, albo poproś babcię
- babciu zapytaj się czy pani ma na imię Hannah Montana.
I co babcia zrobiła!?!
- przepraszam bardzo, czy pani ma na imię Hannah Montana???
Cała poczekalnia ryknęła śmiechem. Początkowo pani Hannah Montana nie wiedziała o co chodzi, ale w końcu załapała i potwierdziła że jest Hannah Montana :-)
Na dziś mam bojowe zadanie. Zrobić kolejne naprasowywanki z hello kitty, Hannah Montana oraz Pocoyo. Dodatkowo muszę znaleźć kolorowanki z Pocoyo. Pocoyo to chwilowo ulubiona bajka dziecięcia i tatusia. Do tego stopnia ulubiona, że tatuś zrobił sobie dzwonek w telefonie z piosenki do tej bajki i cały weekend katował mnie tym dzwonkiem :-)
Gdy szukałam wczoraj obrazków do naprasowywanek to znalazłam w googlach mnóstwo ciekawych rzeczy z hello kitty  Różowe ciuszki, staniki, torebki, gacie, telefony czy nawet samochody i motory to pikusie, jest nawet różowy karabin maszynowy oraz TO


obrazek ze strony http://roflrazzi.files.wordpress.com
08:54, lacktris
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42