|
czwartek, 06 października 2011
Wszystko co dobre szybko się kończy, tak też i zakończył się mój urlop macierzyński. Do pracy wróciłam 1 września. Jednakże we wrześniu napracowałam się raptem ze dwa tygodnie. Resztę czasu spędziłam chorobowo. Młody dostał zapalenia nerek i wylądowaliśmy na tydzień w szpitalu. Pobyt w szpitalu nie był wcale taki zły ani straszny, był kosztowny. Te "wczasy" kosztowały mnie 40 zł za dobę, ale za to all inclusiv, znaczy się z wyżywieniem i dostępem do kuchni ;-) Rafał bidulek miał wenflon i trzy razy na dobę dostawał antybiotyk. Poza tym nie działo się z nami nic. Jednak pobyt z dzieckiem w szpitalu zmienia trochę perspektywę patrzenia na własne dzieci. Człowiek jakby przestaje narzekać, że są niegrzeczne, że rozrabiają, że się nie słuchają, a zaczyna cieszyć się, że są zdrowe i właśnie tak "paskudnie "się zachowują. Młody wyrósł na całkiem sporego chłopczyka. Za dwa tygodnie będzie miał 8miesięcy. Sam siada, wstaje i kombinuje strasznie. Jest wesołym, pogodnym dzieckiem. Nie stwarza praktycznie żadnych problemów. Jesteśmy trochę zapóźnieni z wprowadzaniem nowych pokarmów, ale to dlatego że on tak pięknie jadł z piersi, że zupełnie zapomniałam że trzeba by mu już coś nowego podawać. Zorientowałam się na dwa tygodnie przed powrotem do pracy :-) Wtedy też kolega musiał pokochać butelkę i sztuczne mleko. Na razie nie ma problemów z jedzeniem. Bosko jest go oglądać jak próbuje czegoś nowego robi śmieszne miny , jednocześnie otwiera buzię, żeby dać mu jeszcze. Weronika pokochała brata, chociaż w dalszym ciągu jakoś nie przejawia chęci opiekowania się nim, przewijania , brania na ręce. Z to jest już dużą pannicą. Rok szkolny rozpoczęliśmy w przedszkolu. Ponieważ nasz sąsiad Mateusz, poszedł do szkoły do zerówki, poza tym młodzież jakoś nie mogła zrozumieć czemu jedno chodzi do szkoły a drugie do przedszkola, no i Weronika bardzo mocno chciała iść do szkoły, tak więc od dwóch tygodni chodzi do zerówki w szkole. Jest zachwycona. Narzeka że w weekendy jest wolne i nie można iść do szkoły. Jak wraca to chce żeby się z nią bawić w szkołę, rano przed wyjściem też. Co ciekawe, w przedszkolu mając pod nos podstawione 4 posiłki dziennie nie jadła nic, natomiast w szkole zjada praktycznie całe śniadanie które jej dam i nie jest to tylko bułka z nutellą :-) Jedynie co jej nie pasuje to pobyt w świetlicy. Chociaż jak wiadomo, gdy po nią przychodzę to wcale nie chce wychodzić z tej świetlicy. ![]() Oto Młody jeszcze w szpitalu. ![]() A to dzień po chrzcinach tj. 26.06.2011 ![]() Państwo rodzeństwo w kreacjach imprezowych
piątek, 27 maja 2011
Jakoś dawno mnie tu nie było. W kwestii formalnej: 18 lutego 2011 na świat przyszedł pan Rafał, wzrostu 52 cm, wagi 2970g. Co do porodu i pobytu w szpitalu to było lepiej niż za pierwszym razem. Przede wszystkim krócej, chociaż i tak dłużej niż inne pacjentki. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale w Szczecinie, mieście jakby nie było wojewódzkim i dośc dużym są dwie porodówki. W Zdrojach i na Pomorzanach. DO tego dochodzi szpital w Policach. Jest co prawda jeszcze w szpitalu wojskowym, ale ponieważ szpital ten jest w likwidacji to tak jakby już tej porodówki nie było. Na Pomorzanach też mało kobiet chce rodzic, więc większośc rodzi albo w Zdrojach, albo w Policach. W związku z tym przerób jest jak w fabryce. Po cesarce do domu wychodzi się w drugiej dobie, masakra... ale ja miałam wczasy aż czterodniowe , babcia mi załatwiła :-) Trochę mi się śmiac, chce, ale pan Rafał urodził się z eleganckim długim czarnym włosem na głowie, więc położne pytały się czy miałam zgagę w ciąży. No miałam - a to pewnie on mnie włosami w żołądku gilał :-) Teraz młody ma już ponad trzy miesiące. Przytył i urósł. Je lepiej niż jego siostra. Weronika w jego wieku ważyła 5200g a on waży 6500. No ale nie mogę narzekac, kolega je aż miło. W ogóle przez pierwszy miesiąc a nawet dwa to tylko jadł, spał i wydalał. Co gorsza, wszystko to robił na rączkach, znaczy się moich rączkach. W łóżeczku mu się nie podobało. Ale podobno chłopaki tak mają, że tylko na rączkach i tylko przy cycusiu. Kiedy go nie przystawic to będzie jadł. Doszło do tego, że najedzony na maksa ulał sobie, żeby móc dalej konsumowac, bo żal cycusia puścic. Teraz jak już jest większy , mniej śpi, więcej czuwa ale cycusia dalej uwielbia. CO gorsza zabiera się za siadanie. Jak leży zupełnie na płasko to przekręca się na bok, ale jak tylko położy się go np. w nosidle, tak żeby miał głowę wyżej to od razu kombinuje i zwija się w kulkę, żeby usiąśc. Wystarczy dac mu rękę, nie trzeba go ciągnąc, on się sam podnosi do siadania. Nawet lekarka na wczorajszym szczepieniu była zdziwiona że taki silny. Jest też panem zalotnikiem. Tak cudnie się śmieje. Najbardziej mnie rozbraja, gdy zaspokoi pierwszy głód, wypuści na chwilę cycusia z buzi uśmiechnie się do mnie słodko i kontynuuje konsumpcję. Zaczyna też mówic. Jako nowoczesne dziecko nie mówi,żadnych tam mama czy tata, ale google :-) Weronika jest zazdrosna. Na szczęście jej zazdrośc nie obraca się przeciw bratu tylko przeciw mnie. Jak coś jest nie po jej myśli to lecą teksty, że jej nie kocham, że się nią nie zajmuję itd itp. Chwilowo to tyle. Mam nadzieję, że znajdę więcej chęci żeby częsciej pisac. Jest o czym. Dzieci tak szybko rosną i tyle się dzieje, a pamięc jest niestety zawodna.
piątek, 19 listopada 2010
przemyślenia
Od dwóch dni jestem na zwolnieniu. Bynajmniej nie dlatego, że coś mi jest. W pracy koniecznie chcieli mnie wysłać na zwolnienie to poszłam. No i jeszcze wizja wystawiania gołej pupy i wielkiego brzucha na mrozy w toi toi-u też nie jest zbyt miła. Oczywiście przez te dwa dni nic nie zrobiłam, sprzątać mi się nie chciało, więc poszłam z koleżanką na spacer. Tak mnie przegoniła, że czuję wszystkie mięśnie w nogach, zwłaszcza te w pośladkach. Weronika jednak przeżywa narodziny brata. Wygląda jakby cofała się w rozwoju. Nagle nie umie sama zdjąć majtek w toalecie, ubrać się rozebrać, nic nie umie. Na dodatek wymyśliła sobie następującą zabawę, gdy leżę na łóżku lub kanapie, to nakrywa mnie kołdrą lub kocem, sama włazi do środka i udaje że jest w brzuchu. Siedzi tam tak długo, aż zaczyna jej brakować powietrza i wtedy wyłazi i się rodzi. No i oczywiście wciąż czuje potrzebę kontaktu fizycznego. Ciągle się przytula, włazi na mnie, wiesza się i przykleja. Z jednej strony wiem, że nie mogę jej odtrącać, ale to naprawdę męczące tak mieć ją wiszącą na sobie 24 godziny na dobę. Na dodatek muszę ją trochę oszukiwać. Nie mogę jej powiedzieć, że nie chodzę do pracy, bo za skarby świata nie poszłaby do przedszkola. Wstajemy więc jak zwykle o 6 rano i jedziemy do przedszkola. Dochodzę do wniosku, że gwiazdą estrady póki co to ona nie będzie. Niedawno było w przedszkolu pasowania na przedszkolaka. Nie było żadnych solowych występów, tylko zbiorowe śpiewy i tańce. Dopóki mnie nie widziała, to jakoś się trzymała, ale jak tylko zobaczyła że jestem, to od razu ryk. Łzy leciały jak grochy, zrobiła się czerwona i tak pochlipując śpiewała i tańczyła. Ja oczywiście od razu chciałam lecieć i ratować swoje dziecko z opresji ale tatuś mnie przytrzymał i jakoś dotrwała do końca występu. Potem jak się przykleiła to już puścić mnie nie chciała. Nie poszła po dyplom pasowania na przedszkolaka, ani po prezent. Panie musiały przyjść do niej. Tak sobie też myślę, że nie mam co wymagać nie wiadomo czego od swojego dziecka. Skoro ani ja ani tatuś nie byliśmy odważnymi dziećmi, wręcz przeciwnie byliśmy raczej nieśmiali, to przecież nie możemy wymagać że będziemy mieć gwiazdę estrady. Muszę ją zrozumieć. Podobnie z tymi zajęciami dodatkowymi. To przecież ja mam problem a nie ona. To mi się wydaje, że ona coś tam powinna, że ja bym chciała żeby ona umiała już teraz grać w tenisa, jeździć konno, grać na pianinie, mówić biegle w pięciu językach, a przecież ona nie ma jeszcze pięciu lat. Dopiero jak sobie to uświadomiłam, to jakoś tak mi przeszło i odpuściłam. W końcu nic się nie stanie, jak w tym roku nigdzie nie będzie chodzić. Jakoś przeboleję stratę pieniędzy za basen. I tak ma przecież dużo stresu związanego z powiększeniem rodziny, nie muszę jej jeszcze stresować marudzeniem, że nie chce iść na basen czy tańce. W końcu zrozumiałam, że to ja mam problem i muszę przestać dręczyć dziecko. Ciężko mi to idzie ale się staram :-)
poniedziałek, 18 października 2010
kwiatowa kąpiel
Dopada mnie jakaś jesienna depresja, albo kryzys wieku średniego. Wszystko się wali, same problemy, na dodatek nie widać światełka w tunelu. Mój "odwieczny" problem tego, że nic w życiu w zasadzie ciekawego nie osiągnęłam, że wegetuję w ślepym zaułku, na dodatek nie mam odwagi żeby coś zmienić gnębi mnie teraz ze szczególną mocą. Sama sobie tłumaczę, że ciąża trafiła się w dobrym okresie, bo nie jestem jeszcze taka stara, bo mam ciepłą posadkę do której mogę potem wrócić i zacząć szukać czegoś ciekawszego i bardziej ambitnego, jakoś tym razem nie trafiają do mnie. Na dodatek nie mogę sobie nic kupić na pocieszenie, bo brak kasy. Nie chodzę więc do sklepu, żeby nie kusić losu. Jednak czasem muszę iść do tzw. galerii służbowo coś tam zakupić. Chodzę, patrzę i się zastanawiam skąd ludzie mają kasę na zakupy? Bo że w sklepach tłum to mogą być tacy jak ja co tylko oglądają, ale do kas też kolejki, więc jednak coś kupują. W końcu przecież w Szczecinie gdzieś ludzie muszą zarabiać sensowne pieniądze, tylko gdzie? Przecież nie wszyscy mężowie pracują w Norwegii. Na dodatek gdybym wiedziała jak bardzo ta ciąża będzie inna od poprzedniej to bym chyba się nie zdecydowała. Z Weroniką problem był natury tej, żeby w ogóle się urodziła. Potem już było lekko, łatwo i przyjemnie. A tu nie dość, że te mdłości trwały lata świetlne, cały czas męczy mnie paskudna zgaga, żylaki w różnych częściach ciała i wcale to nie są nogi, ogólnie kiepskawo się czuję, brzuch mam jakoś nisko i wydaje mi się, że mam młodego nie w brzuchu a wystaje mi między nogami. Te jego ruchy to czuję tak nisko, jakby wystawiał rękę na wierzch i machał do mnie między nogami. I mimo, że wiem, że za parę miesięcy to się skończy jakoś wcale mnie to nie podnosi na duchu. Na dodatek akurat wczoraj poczułam przypływ energii i stwierdziłam, że może w końcu zrobię porządek z kwiatkami na balkonie skoro zima za pasem. Czas zapakować pelargonie do piwnicy i spróbować nie zapomnieć o ich podlewaniu raz na jakiś czas, żeby przezimowały w lepszym stanie niż w zeszłym roku. Chociaż może zaprawione w bojach już po jednym zimowaniu jakoś dadzą radę i tym razem? Ale jak się już zabrałam za te porządki, to przy okazji też zabrałam się za pielenie. Wszystko mnie teraz boli. No ale sama jestem sobie winna. Do ogrodowych porządków przyłączyła się Weronika. Ona jednak zajęła się robieniem zup. Początkowo były to małe porcyjki różnych wymyślnych wielonarodowych zup np. chińska pomidorowa, francuska ogórkowa - na pierwszy rzut oka niczym się od siebie nie różniły, ot płatki kwiatów na liściu. Oczywiście musiałam je konsumować. Potem zajęła się kucharzeniem na szerszą skalę. Do wiaderka nalała sobie wody i tam wrzucała "przyprawy".Oberwała wszystkie płatki z każdego kwitnącego jeszcze kwiatka. A potem ja w przypływie jakiegoś zaćmienia umysłu pozwoliłam jej zabrać tą zupę i kontynuować zabawę w domu. W wannie. Dziecko zrobiło więc sobie kwiatową kąpiel w wannie. Nie byłoby to aż tak straszne, gdyby nie fakt że oprócz niej w kwiatowej kąpieli udział brały wszystkie lalki barbie. Taaaak, na oczyszczenie wanny z płatków to jeszcze jakiś sposób znalazłam, ale nad wybraniem płatków z poplątanych lalczynych włosów wciąż myślę. Weronika zapałała ostatnio miłością do tańca. Włącza sobie płytę z piosenkami z Mini mini i tańcuje. Oczywiście ja muszę podziwiać, czasem nawet i tańczyć. Jednak na tańce chodzić nie chce. I bądź tu człowieku mądry i przekonaj dziecko. Co ciekawe w sobotę oglądałyśmy Mam talent i był tam chłopak co tańczył. Nie wiem jak ten taniec się fachowo nazywa, bo nie zapamiętałam nazwy gdy mówili, ale to coś zbliżone do tego co kiedyś nazywało się break dance. Otóż w trakcie jego występu dziecko śledziło układ z zapartym tchem i na dodatek próbowała go powtórzyć. Z trudem udało mi się powstrzymać od śmiechu. Na szczęście dzieciaki ze szkoły tańca do której chodziła Weronika przeszły do następnego etapu. Wygląda więc na to, że pierwszy raz w życiu się skuszę i jak trza będzie głosować smsem to zagłosuję na nich.
sobota, 16 października 2010
Różyczka
Tadam!! Okazało się, że panika chorobowa była słuszna. Cała ta trzydniowa gorączka zakończyła się piękną wysypką. Weronika ma różyczkę z książkowym przebiegiem i objawami. Na szczęście ona przechodzi ją łagodnie i już w zasadzie to prawie nie ma po niej śladu. Tzn jeszcze jakieś ostatnie podrygi wysypki są, ale zarazy już nie sieje. Te zarazki co miała przekazać światu to już przekazała zanim jeszcze wystąpiły jakiekolwiek objawy. Trochę się wystraszyłam z uwagi na młodego, ale żaden z lekarzy - ani rodzinny ani ginekolog- jakoś się specjalnie różyczką młodej nie przejęli. No ale to już drugi trymestr, więc podobno różyczka nic już nie zrobi. Z resztą nawet w pierwszym trymestrze jest tylko 15% szans na szkody u płodu. Choroba ta ma też jedną dobrą stronę. Jak wiadomo w piątek to w przychodni numerków do lekarza już dawno nie ma, ale gdy poszłam do naszej lekarki rodzinnej do gabinetu i powiadomiłam ją że prawdopodobnie mamy różyczkę, to kazała się dorejestrować i poczekać przy rejestracji. Przyszła praktycznie od razu jak tylko skończyła pacjenta który był w gabinecie. Przynajmniej nie musiałyśmy czekać pół dnia na wizytę :-)
środa, 13 października 2010
chorobowa lekka panika
Okazuje się, że poniedziałkowy ból głowy wcale nie był wymówką, żeby nie iść na basen. Wczorajsza lekka gorączka, skończyła się ewakuacją Weroniki z przedszkola o 14. Wyglądała na chorą. Nawet nie chciała iść do apteki w drodze do domu, tylko czekała w samochodzie. W domu od razu wskoczyła do łóżka i zasnęła. Nie zdążyłam jej nawet dać syropu przeciwgorączkowego. Gdy się obudziła to była w ciut lepszym humorze. Wypiła syrop, gorączka spadła i dziecko się ożywiło. Niestety o 3 nad ranem syrop przestał działać i Weronika zaczęła marudzić. Wzięłam ją do nas do łóżka, a ona zgotowała nam "niespodziankę" Wzięła i zwymiotowała. Cóż przynajmniej w końcu jestem zmuszona wyprać pokrowiec od materaca. Dziś jest lepiej. Weronika siedzi u babci. Nie wiem specjalnie czy panikować i lecieć bić się w przychodni o wizytę u lekarza, czy przeczekać do poniedziałku i zarejestrować się jak człowiek po stu milionach telefonów. Mogłabym też iść na dyżur do przychodni, ale jakoś dziwnym trafem podejrzani lekarze na tych dyżurach siedzą ( tzn ich kompetencje są bardzo podejrzanie wątpliwe), no i o której lecieć na ten dyżur. Niby zaczyna się o 18, ale znając życie i to że dużo osób nie dostało się na wizytę w godzinach pracy przychodni, to o tej 18 będzie masakra. Może więc te dwie trzy godzinki poczekać w domu i pójść koło 20? I czy w ogóle iść na ten dyżur. Co prawda dziś naczytałam się w necie, że świńska grypa znów atakuje i to z większą siłą niż w zeszłym roku, a z racji brzucha jestem w grupie ryzyka, więc trochę panikuję. Wczoraj dziecko stwierdziło, że jej wcale nie będzie przeszkadzać, że jej mąż i brat będą mieć tak samo na imię. W końcu babcia tez tak ma i daje radę. Cóż z uwagi na wielkie rozczarowanie potencjalnym bratem, miała być siostra, Weronika wybiera imię. Zaczęło się od Jasia. Potem był Adrian, potem Michał, a teraz znów jest Adrian. Adrian to jej narzeczony z przedszkola. Kochają się. Jeszcze się nie całowali, bo w przedszkolu nie wolno. Posiadanie przedszkolnego narzeczonego nie zmienia faktu, że sąsiad Mateusz też jest jej narzeczonym. W końcu od przybytku głowa nie boli. Podobno. Wracając do chorób. Czytając forum Oszczędzamy, zawsze dziwiłam się, czemu pozycja apteka opiewa u większości dyskutantów tak pokaźną kwotę. Ileż można w tej aptece wydawać nie będąc przewlekle chorym. Otóż przejrzałam też swój budżet tylko z tego roku i okazuje się że moja pozycja apteka też jest niczego sobie. W zasadzie to tylko w sierpniu i wrześniu wydałam w aptece w granicach 20 zł. Ba! był taki miesiąc że zostawiłam w tym przybytku prawie 500 zł. Co ja tam takiego kupowałam? Nie jestem fanką lekarstw, jak mnie głowa boli to nie lecę od razu po tabletkę, mimo że reklama mówi,że nie warto się męczyć. Coś czuję, że znowu się zaczyna.
wtorek, 12 października 2010
Nie i już
Wygląda na to, że z basenu nic nie wyjdzie. Dwa razy była i na tym koniec. Za trzecim razem nic nie wskazywało, że będą problemy. Z domu wyszła cała zadowolona i chętna. Na basen leciała na skrzydłach. W szatni bez problemu przebrała się w kostium. Poszła na siku i nagle odwidziało jej się. Zaparła się, nogi wbiła w posadzkę i nie idzie. Nie pomogły groźby, prośby, przekupstwa, tłumaczenia. Nic. Nie idzie i koniec. Podobno obtarła sobie palec w przedszkolu i nie mogła go pomoczyć. Pani jej nie odpowiadała, dzieci też nie. Cały tydzień szła w zaparte, że ona na żaden basen już nigdy więcej nie pójdzie.Największym problemem okazała się pani prowadząca. W niedzielę doszłyśmy więc do porozumienia,że jeśli będzie inna pani to chociaż spróbujemy wrócić na basen. Znalazłam więc zajęcia w tej samej szkółce z inną panią, tyle że na innym basenie, naturalnie na drugim końcu miasta. Dziecko stwierdziło, więc że owszem spróbuje. Ledwo wyszłyśmy z domu to głowa ją zaczęła boleć. Pytam się więc, czy chce iść czy może lepiej zostanie w domu, skoro głowa ją boli. Powiedziała, że chce iść. Dotelepałyśmy się więc na basen, weszłyśmy do szatni i tyle było z pływania. Podobno głowa ją tak strasznie rozbolała, że nie da rady pływać. Jednak obiecała że następnym razem spróbuje. Następny raz miał być dziś lub jutro, jednak wygląda że nic z tego nie będzie, bo rano obudziła się z lekką gorączką. Masakra. Wychodzi na to, że te dwa zajęcia na których była, będą najdroższymi zajęciami w historii :-) Nie wiem czy to wpływ dzieciaków z przedszkola, czy taki wiek, ale Weronice przychodzą do głowy coraz głupsze pomysły. W piątek po południu zapragnęła kolorować kolorowanki farbami. Przy okazji pokolorowała całą siebie, na niebiesko, dobrze że gołą. Jakaś strasznie trwała ta farba była, bo do tej pory ma sinawe nogi, a wanna jakaś też niebieskawa jest. Wieczorem natomiast, przyszła pani spisać licznik gazowy. Poszłam z panią do piwnicy, a tymczasem Weronika zamknęła drzwi na klucz. Dobrze że piwnica ma drugie wyjście więc się wydostałyśmy. Jak tu przemówić do wszystkowiedzącej pięciolatki, która nie chce chodzić ani na tańce, ani na basen??? W niedzielę byłyśmy na długim spacerze w parku. Wyruszyłyśmy na poszukiwanie kasztanów, liści i innych takich jesiennych gadżetów. Coś mnie podkusiło, aby wybrać się do parku. Nazbierałyśmy wielką siatę kasztanów, liści i szyszek. Dodatkowo okupowałyśmy każdą napotkaną huśtawkę przez godzinę. Co gorsza Weronika zapragnęła dosiąść konia. Za pierwszym razem wymiękła i gdy już miała wsiadać to się jej odwidziało. Jednak w drodze powrotnej do samochodu zdecydowała się, dosiadła konia ( pełnowymiarowego konia, nie kucyka) i przejechała wielkie koło na parkowej polance. ( aspekt ekonomiczny tej przejażdżki pominę milczeniem) Nie da się ukryć podobało jej się, więc wpadła na pomysł, że ona będzie się uczyć jeździć konno. Co ciekawe wygląda na to, że mogłaby sobie dać radę. Całkiem dobrze trzymała się w siodle, zachowywała równowagę, nie trzeba było jej trzymać, chociaż oczywiście pan właściciel konia asekurował ją cały czas. No ale biorąc pod uwagę jej słomiany zapał do różnego rodzaju sportów, na razie nie zamierzam kupować konia :-) Być może za dużo od niej wymagam, bo ma przecież niecałe pięć lat, ale przecież nie każę jej robić nie wiadomo czego. W wakacje basen jej się bardzo podobał, myślałam, więc że to będzie dobry pomysł na zajęcia dodatkowe. W miejscu dziury po zębie wychodzi coś nowego. Widać elegancką falbankę. Problem w tym, że póki co jakoś krzywo wychodzi. Czeka nas więc kolejna wizyta u dentysty. Tym razem jednak i ja też się udam. Wygląda na to, że co ciąża to jakiś ząb trza naprawiać.
wtorek, 21 września 2010
Basen
Wczoraj byliśmy pierwszy raz na basenie. Tzn w szkole pływania. Nie było aż tak źle. Początkowo Weronika nie mogła się wprost doczekać kiedy pójdzie. Jednak jak już dotarliśmy na miejsce, jak już się przebrała w kostium i zobaczyła dzieci i instruktorów to jej się odwidziało. Najpierw wcale nie chciała wejść na basen. Po namowach zdecydowała się, że jednak wejdziemy popatrzeć. Przyczepiona do nogi stała i patrzyła. Gdy dzieci wparowały do wody ona nawet się z miejsca nie ruszyła. Jednak pan instruktor przekonał dziecko, żeby chociaż usiadło na schodkach do basenu i zamoczyło kostium. Łaskawie usiadła, ale uczepiła się poręczy, żeby w żadnym razie nie wejść za głęboko. Wszyscy rodzice wyszli już z basenu, zostałam tylko ja. Ale po kilku minutach też wyszłam. Potem, gdy podglądałam co Weronika robi, okazało się, że jednak postanowiła wziąć udział w zajęciach. Nawet skakała do wody z brzegu. Oczywiście pani pomagała dzieciom w tych skokach. Na koniec okazało się że było świetnie i że jutro też możemy iść na basen. O dziwo bardzo dużo dzieci które początkowo tak chętnie wchodziły do wody, z zajęć wychodziły z płaczem że nie chcą już chodzić, na dodatek były to same dziewczynki. Zobaczymy jak będzie wyglądała sprawa za tydzień. Brzuch mi rośnie. Jednak jakoś nie czuję tego specjalnie. Tzn będąc w ciąży z Weroniką , mimo trudności, cieszyłam się bardzo. Ona jest wyczekanym dzieckiem. Gadałam z brzuchem, gładziłam go od początku. A teraz wiem, że jestem w ciąży ale jakoś nie cieszę się tym prawie wcale. Zdaję sobie sprawę, że tam w środku mieszka ktoś, że w sumie jest przecież dzieckiem chcianym, zmajstrowanym z premedytacją, ale jakoś nie przejmuję się tym tak bardzo. Chodzę do lekarza jak trzeba, miejmy nadzieję, że potem będzie lepiej. Bardziej się boję tego jak panna Weronika, rozpieszczona księżniczka przyjmie nowego człowieka. Od lekarza prowadzącego dostałam przykaz, żeby między 20 a 24 tygodniem iść na usg z echem serca płodu to podobno najlepszego lekarza w Szczecinie. Lekarz ten jako jedyny w Szczecinie posiada certyfikat zaświadczający że, przynajmniej teoretycznie facet wie co robi. Nie będę przytaczać nazwy tego certyfikatu, ale w Szczecinie jako jedyny ma ten certyfikat, no i podobno jak on powie że coś jest to tak właśnie jest. Problem w tym, że niestety skorzystanie z certyfikatu pana doktora kosztuje. I to słono. Jak usłyszałam cenę to spadłam z krzesła ( no nie dosłownie ). Cóż na badanie poczekam do wypłaty. Tymczasem u znajomych oglądamy różne gadżety dla dzidziusiów, co to niby potrzebne wcale nie są, ale zasadniczo ładnie wyglądają i podobno się przydają. Na mnie duże wrażenie zrobił leżaczek co się sam buja, gra melodyjki itd itp. Na Weronice wrażenie zrobiła karuzelka do łóżeczka na pilota. Cały wieczór siedziała przy łóżeczku i naciskała guziki na pilocie. Młody był zachwycony i nawet coś tam po swojemu zagadywał do Weroniki i do karuzelki. Ciężko było go zrozumieć bo facet ma dopiero 8 tygodni, ale jakieś dźwięki inne niż płacz wydawał z siebie i był bardzo zadowolony. Oprócz tego przeżywamy fascynację psami. Całe szczęście, że na razie nie mamy kasy, bo pewnie jakiś szczeniak już by po chałupie latał. Na razie nie możemy dojść do porozumienia w kwestii rasy. Co gorsza nawet tatuś,który początkowo podchodził bardzo sceptycznie do pomysłu psa teraz też się zaraził. Mi zasadniczo rasa jest obojętna byle by to było coś nie za dużego. Weronika nie wiadomo skąd wymyśliła pudelka, natomiast tatuś wspomina dzieciństwo i zapragnął wyżła niemieckiego. Co gorsza jutro mamy jechać z jedną znajomą po szczeniaka jacka russela teriera. Dobrze że nie mam pieniędzy, to nie wrócę z jednym dla siebie.
poniedziałek, 13 września 2010
kryzys
Jakoś ostatnie miesiące nie są zbyt dobre i nie zapowiada się, żeby miało być lepiej. Kryzys finansowo- ekonomiczny to jedno, tyle że jakoś wpływ na to mam niewielki. Drugim istotnym kryzysem jest kryzys wychowawczy. To pewnie ja przechodzę ten kryzys a nie moje dziecko, jednak staje się on nie do zniesienia. Nie daję sobie rady z własnym dzieckiem. Weronika ogólnie jest na nie. Jest na nie bardziej niż zwykle. O tym, że ona sama decyduje w co się ubrać to nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś jest. Te codzienne walki, żeby ubrała rajstopy lub coś więcej niż sukienka na ramiączkach, bo zmarznie wykańczają mnie. Do tego napady wściekłości gdy coś jest nie po jej myśli. Te wszystkie sposoby super niani to jakieś mało skuteczne są. W każdym razie nie działają tak szybko jak to w telewizji pokazują. Nawet teksty super niani, że te złości mogą trwać nawet 20 minut jakoś mijają się z prawdą. Jakby siedzenie Weroniki w odosobnieniu, na karnych dywanikach i tym podobnych rzeczach trwało tylko dwadzieścia minut, to ja bym tak chciała. Ale ona jest wytrwała. Potrafi i dwie godziny siedzieć i ryczeć. Co prawda coraz ciszej, bo gardło jej wysiada, ale dziewczyna ma cierpliwość. Rozpoczął się nowy rok szkolny. Zapisałyśmy się na tańce. Miała iść do starszej bardziej zaawansowanej grupy. Taaa... nic z tego nie będzie. Sala jej się nie spodobała. Na początku nawet nie chciała wejść. Jedną z atrakcji tańców jest automat ze słodyczami, więc to że nie chciała wejść do sali i brać udziału w zajęciach wcale nie przeszkodziło jej w stękaniu o coś słodkiego. Jednak jak wiadomo słodycze z automatu są tylko dla tych dzieci co tańczą. Łaskawie weszła do sali, ale od razu zaznaczyła że ona tylko popatrzy. I owszem tylko patrzyła. Całe zajęcia przesiedziała pod drzwiami. Na następnych zajęciach obiecała, że będzie tańczyć. I guzik. PO 10 minutach od rozpoczęcia zajęć poszłam sprawdzić co robi. Siedziała pod drzwiami. Zabrałam ją, bo to bez sensu siedzieć tam półtorej godziny i nie tańczyć. Wyszła ze łzami w oczach. Stwierdziła, że nie chce tańczyć.Na pytanie czy nie chce tańczyć w tej grupie czy w ogóle nie chce tańczyć nie umiała odpowiedzieć. Póki co spróbujemy z młodszą grupą w sali która jej odpowiada. Nie wiem czemu jej się po dwóch latach odwidziały tańce. Jakoś też nie mam szczęścia do samochodów. Ledwo co naprawiłam różne zaległe blacharskie uszkodzenia, to w drodze do pracy pan mnie nadział na sztaplarkę. W sobotę odebrałam naprawiony samochód. Swoją drogą ciekawe, że poprzednie naprawy w mniejszym zakresie robione w ASO VW w Szczecinie trwały skandalicznie długo, pan syn właściciela raczej nie jest łatwy w kontaktach i w ogóle wygląda jakby robił łaskę że pracuje. Natomiast ta ostatnia naprawa odbyła się w zupełnie innych warsztacie, i trwała raptem tydzień. Auto jest zrobione dobrze, bo nawet czepialski pan mąż nie za bardzo ma się do czego przyczepić. No i pan właściciel warsztatu odbiera telefony, a jak nie odbiera to oddzwania. No ale ledwo w sobotę odebrałam swój samochód to pożyczyłam od teścia większe auto żeby przywieźć babcie ( w ilości trzech sztuk + bagaże + Weronika + ja) z nad morza. I pech chciał, że to auto troszkę przerysowałam. A auto dwa tygodnie temu odebrane było od blacharza i akurat przerysowałam ten bok, co był malowany. Normalnie pech. Coś czuję, że w tej ciąży to ja długo autem nie pojeżdżę skoro już na początku mi nie idzie. To co będzie jak brzuch będzie wielki? Dziś tatuś ma wolny dzień. Weronika na to hasło, zaświeciła oczami, poszła na wszystkie ustępstwa, obiecała spełnić wszystkie warunki byle tylko nie iść do przedszkola i zostać w domu. Nie pedagogiczne to strasznie. Wczoraj dziecko moje było na diecie chrupkowej. Cały dzień konsumowała chrupki kukurydziane. Nic innego nie zjadła. teoretycznie to ja wiem, że nie powinnam w ogóle zwracać uwagi na to jej jedzenie. Ale jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Niby zawsze to lepiej, niż musieć zamykać przed dzieckiem lodówkę na klucz- no ja sobie to tak tłumaczę. Teraz na śniadanie nie wystarcza już chleb lub bułka z nutellą. To musi być określony chleb lub bułka. Najlepiej pszenna, biała. W żadnym wypadku pieczywo razowe, obsypane mąką, czy z jakimiś ziarnami. Jeśli akurat nie dysponuję w chałupie odpowiednim pieczywem to na śniadanie jest sama nutella. Masakra. Na obiad do wyboru rosół, kotlety z kurczaka i pieczone nogi z kurczaka. Bez ziemniaków, kaszy, makaronu czy czegoś w tym guście. Warzywa, surówki pomińmy milczeniem. Jeśli kasza lub makaron to tylko na sucho ( dobrze chociaż, że gotowane).Z owoców konsumuje tylko banany, jabłka i winogrona. Jedyny postęp jest taki, że teraz to chociaż da się namówić na spróbowanie jakiejś potrawy i dopiero potem potwierdza to co już wiedziała wcześniej czyli że nie lubi. Nie miała baba kłopotu to sobie pojechała na grzyby. Nazbierała tych grzybów trzy na krzyż. Bynajmniej nie dlatego , że grzybów nie było, ale wyjazd na grzyby z dzieckiem to porażka. O mały włos bym jej nie zostawiła w lesie przywiązanej do drzewa. Co prawda grzybów mało, ale coś z nimi trzeba było zrobić, tym bardziej że większość to takie fajne małe, twarde akurat do słoika z octem. Więc zamiast wieczorem grzecznie iść spać, to ja zabrałam się o 22. za obgotowywanie grzybków. Może to i dobrze, że było ich tak na jeden słoik?
piątek, 03 września 2010
po wakacjach
Wakacje się skończyły. Było ciężko tak zorganizować opiekę, żeby młoda przez dwa miesiące jakoś przeżyła bez przedszkola. O dziwo, mimo początkowej niechęci powrót do placówki edukacyjnej odbył się bez ryków, spazmów, padania w rozpaczy na podłogę. Wszystko poszło gładko. Być może dlatego nie było problemu bo panna ma się czym pochwalić. Mianowicie 31 sierpnia panna Weronika straciła pierwszy ząb. Podejrzanie wcześnie to nastąpiło, wszak ma dopiero 4 lata i 8 miesięcy, ale wszystko wskazuje na to, że to fizjologiczna wymiana uzębienia. 30 sierpnia dziecię przybiegło, z wiadomością, że ząb jej się rusza. Oczywiście od razu nic nie mogła jeść, bo ten ząb tak strasznie ją boli, że nie da rady skonsumować niczego poza mleczusiem. Na ewentualną propozycję zjedzenia czekoladki zgodziła się z chęcią, tu jej ruszający ząb w niczym nie przeszkadzał, wpadła na genialny pomysł, że sobie ten ząb przytrzyma palcem żeby się nie ruszał. Na drugi dzień poleciałyśmy do dentysty. Przyznam się szczerze, że trochę się wystraszyłam tym ruszającym się zębem. Jednak nie uderzyła się w szczękę ostatnimi czasy, na zębach nie ma śladu jakiejś próchnicy czy innego paskudztwa. Pani dentystka powiedziała, że owszem ciut wcześnie ten ząb się rusza, ale widać taka jej uroda. Z uwagi na niemożność jedzenia, w trakcie dyskusji pani dentystka wyjęła z buzi ząb. Zapakowała w specjalne pudełeczko na mleczaki i wręczyła zdziwionemu dziecku. Gdy panna Weronika zobaczyła te dwie krople krwi na zębie to jednak trochę spanikowała. Szybko pocieszyły ją dwie gałeczki lodów. A wieczorem ... Wieczorem ząb czekał przy łóżku na Wróżkę Zębuszkę. Owszem przybyła. Co prawda Wróżka nie miała drobnych i musiała dziecku zapłacić za zęba kupę kasy :-) ale dziecko się bardzo ucieszyło. Niestety kasę schowała do portfela i dalej naciąga matkę na lody :-) Jeśli w ciągu pół roku nie wyrośnie jej nowy ząb, mamy przyjść na kontrolę, a jeśli wyrośnie to też :-) Weronika już jest zapisana na zajęcia dodatkowe. W tym roku zajęłam sobie trzy popołudnia w tygodniu. Oprócz tańców, mamy basen. Mam nadzieję, że po entuzjastycznych kąpielach w morzu basen również jej się spodoba. Zajęcia zaczynamy 20 września. Natomiast tańce teoretycznie zaczynają się już dziś. Weronika będzie chodzić do bardziej zaawansowanej grupy, takiej co już występuje. Co prawda są 6-7 latki, ale mam nadzieję, że po dwóch latach tańcowania poradzi sobie w starszej grupie. Jeśli nie będzie jej się podobać to przepiszę ją do młodszych dzieci. |
Zakładki:
Dzidziowy świat
Kobieco
Kulinarnie
Robótki
Różne
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||